Mamy już wrzesień. Czuję coś w rodzaju luki pomiędzy wydarzeniami z początku roku, a dniem dzisiejszym. Doskonale pamiętam spędzonego sylwestra, oraz późniejsze przeboje emocjonalne związane z rozstaniem.
Pamiętam dzień kiedy pojawiłem się po raz pierwszy w ośrodku buddyjskim, oraz imprezę na którą po raz pierwszy (od długiego czasu) poszedłem sam.
Później to działo się niewiele aż tu nagle spotykam w wakacje wspaniałą kobietę i wszystko znowu przyspiesza. Wybieram się na przedziwne imprezy. Biję się przyjacielsko po mordzie z Nordami. Odbudowuję swoje zdrowie emocjonalne, aż tu nagle mamy wrzesień! Kiedy ten czas upłynął?
Dobiegł końca mój tygodniowy urlop. Urlop, który w zasadzie nie był w żaden sposób zaplanowany, a nawet (całkiem dobrze) wypalił. Nie miałem żadnych pomysłów na to co zrobić z wolnym czasem. Z przeróżnych powodów postanowiłem po prostu wrócić do rodzinnej wsi - Chmielna.
Poza wypadami po lokalnych atrakcjach turystycznych większość mego czasu została poświęcona na oddawanie się prymitywnym zabawom typu "telewizja", "alkohol".
Muszę przyznać, że taki mentalny "reset" się przydał. W pamięci pozostanie tajemniczy kawałek "Morena", oraz cytaty z "Forfitera". Skutecznie udało mi się przeprowadzić akcję plaża (przynajmniej jeden udany wypad na jezioro). Drenaż mózgu uskuteczniało piwo o zacnej nazwie "Specjal".
Na szczęście nie byłem sam w procesie odmóżdżania. Dzielnie towarzyszył mi mój bratanek, a przez weekend do ekipy mentalnych zombie dołączyła moja kobieta. Tak też w towarzystwie wspaniałych mi osób czas przyspieszył kilkukrotnie. Nawet się nie zorientowałem kiedy mój urlop dobiegł końca (dosłownie ;).
Dzięki za zajebiście spędzony czas. Bez Was prawdopodobnie mój urlop nie byłby żadnym odpoczynkiem.
Udało się! Kuchary zaliczyłem, spotkałem Olego. Przyjąłem Schronienie, jego błogosławieństwo. Świetnie się bawiłem, wypocząłem, a do tego zostałem wzbogacony o całą masę nowych doświadczeń. Niniejszy wpis będzie swego rodzaju podsumowaniem tego wyjazdu.
Oczywiście w swój specyficzny sposób całość będzie zapisana chaotycznie, bez specjalnego porządku.
A jednak się udało. Dzisiaj wraz z przyjaciółmi jedziemy do Kuchar na wielki kurs medytacyjny z lamą Ole. W końcu będę mógł się przekonać jaki jest w rzeczywistości, oraz zweryfikować to co inni o nim mówią.
Wizja wyrwania się na weekend brzmi niesamowicie. Przyda mi się taka forma odpoczynku.
Nastąpiło gwałtowne przesunięcie pór roku. Moja Wiosna ma miejsce właśnie teraz. Rozmraża emocjonalne zlodowacenie i sprawia, że chce się żyć jeszcze bardziej!
Znajomość przerodziła się w związek. Jest ktoś komu mogę się oddać, jest ktoś kogo mogę przytulić (i pocałować ;), jest... zajebiście jest!
Sen pierwszy: spotkałem lamę Ole Nydahla, przypominam sobie, że powiedział do mnie: jaki piękny facet
Sen drugi: przewija się od jakiegoś czasu, a mianowicie śni mi się, że nie ważne jak mocno docisnę pedał hamulca to samochód i tak zatrzymuje się na tyle powoli, aż w kogoś wjeżdżam..
Tylko martwe ryby płyną z prądem rzeki.
Zasłyszane z ust Wojtka Tracewskiego, choć to nie jest jego tekst (niestety nie potrafię sobie przypomnieć czyj).
Sesja jest już za mną. Właściwie to pozostała w zawieszeniu, trzeba będzie się przygotować na kampanię wrześniową (oby to był Blitzkrieg). Uwaliłem dwa przedmioty, z czego jeden ewidentnie na własne życzenie. Postanowiłem potraktować wykładowców w taki sam sposób jak oni nas. Wprawdzie było to z góry skazane na porażkę, bo moje fochy i tak nie miały żadnego wpływu na ich działania.
W każdym bądź razie zaczynają się wakacje. Kompletnie nie wiem co będę robić. Perspektywa wolnych weekendów wiąże się z myślą siedzenia w mieszkaniu. Nie mam nawet zaplanowanego urlopu. Tym razem zapowiada się dość posępnie. Chyba, że pewne osoby/zdarzenia zmienią ten stan rzeczy.
Jedynym solidnym postanowieniem jest wypad nad jezioro, nie jeden. Rok temu, będąc w rodzinnych stronach, praktycznie ani razu nie miałem okazji się poszlapać w jeziorze. Jakoś tego brakuje, zwłaszcza, że dawniej dzień bez wypadu nad jezioro był dniem straconym.
Już teraz wolne chwile spędzam na częstych wypadach na rolki - jest to skuteczny ubijacz wolnego czasu. Będąc sam zupełnie nie wiem co mam ze sobą zrobić, brakuje jakiś sensownych inspiracji do działań.
Jeśli się uda to jadę na weekend do Kuchar na letni kurs medytacyjny. Z dniem dzisiejszym rozpoczynam również praktykę małego schronienia. Po jej ukończeniu przyjdzie czas na rozpoczęcie Nyndro.
Mimo posępnego wyrazu notki nie jest źle. Doskwiera w pewnym sensie samotność, ale na szczęście są osoby, dzięki którym przestaję ją odczuwać. Póki co przyszłość nie wydaje się być różowa, chociaż nie specjalnie się tym przejmuję. Nie ma sensu wybiegać za bardzo do przodu kiedy trzeba się skupić na tym co jest teraz. W ten sam sposób postaram się wykorzystać wszelkie możliwości jakie mi się nadarzą.
There's no ego. No bad energy.
Playing For Change Band Live Trailer
Wraz z poznawaniem nauk buddyjskich zainteresował mnie temat ego. Można się natknąć na wypowiedzi ludzi (niekoniecznie związanych z buddyzmem), którzy nawiązują do ego. Pomimo różnic w określeniu problemu podstawowy sens wydaje się być ten sam - ego jest przyczyną wszystkich problemów pojawiających się w relacjach ludzkich.
Pierwszą przyczyną gniewu jest ego, czyli silne przywiązanie do siebie. Tam gdzie jest "ja", jest także "moje", "moje rzeczy", "moja rodzina", cały świat jest ze mną związany. Nawet wróg jest "moim" wrogiem.
Gyaltrul Rinpocze - Jak pracować z gniewem
Pewnego razu zauważyłem, że jeden z moich znajomych swój wpis na Blipie oznaczył tagiem #takakarma. Czym dla Was jest karma? Wydaje mi się, że coraz więcej osób próbuje swój los "spychać" na karmę (podobnie jak niektórzy robią to samo w stosunku do boga), nie wiedząc chyba czym to jest. Co ciekawe znam osoby, które są przekonane o istnieniu karmy, chociaż są ateistami.
W takim razie czym dla Was jest karma? Jak rozumiecie to pojęcie?
Wychodziłem z pokoju gdy poczułem smród. Nawet się nie zdziwiłem, w końcu ten mały kotek, który gdzieś tam gonił te myszki musiał narobić kupę. Rozpoczęły się poszukiwania..
Po obudzeniu potrzebowałem jakiś 2 minut aby pojąć, że nie mam żadnego kotka..
Tak sobie pomyślałem, że gdybym miał okazję mieć posadę boga to pewnie zrobiłbym dokładnie to samo co on. Wystarczy stworzyć jakąś planetę, posadzić na niej ludzi i stworzyć dla nich odpowiednik Farmville. Przednia zabawa na całe tysiąclecia.
Tu wojenka, jakieś nowe odkrycia, zaraz potem totalny regres, aby po chwili jakaś choroba wykosiła większość i ponownie zjednoczyła resztki. Ciągle coś by się działo, co więcej za każdym razem coś nowego i ciekawego.
Faktycznie, świat nas otaczający to ciągła zmiana. Wystarczy tylko to dojrzeć.
Postanowiłem w końcu zakupić sobie narzędzie, które pomoże mi w mojej praktyce medytacyjnej. Jest nim mala, którą najłatwiej opisać jako "buddyjski różaniec". Z ciekawości poczytałem sobie troszkę o malach i przyznać muszę, że jej symbolika jest całkiem powalająca.
Sama liczba korali już ma masę symboli (opisane znaczenia najwyraźniej nie dotyczą tylko i wyłącznie tradycji buddyjskiej). Natomiast to co mnie kompletnie zaskoczyło to fakt, że w zależności od prowadzonych praktyk ważny jest również materiał oraz kolor mali. Co ciekawe nie spotkałem się z tym aby w Diamentowej Drodze znaczenie miał materiał i kolor mali. Ważna jest ogólna budowa, czyli 108 korali (są też małe male mające 27 korali) oraz symboliczna stupa.
Wikipedia mówi nawet, że jest taki pogląd iż chrześcijański różaniec pochodzi właśnie od tradycyjnych mali.
Nasza grupa miała zająć się zaprojektowaniem nowego modelu BMW. Do tych celów postanowiliśmy skorzystać z wizualizacji samochodu podczas medytacji. W trakcie medytacji miało dojść do połączenia się osób biorących udział w przedsięwzięciu. Kolektywistyczny umysł miał dokonać opracowania nowego projektu.
Mnie oczywiście coś musiało się przytrafić i jakimś cudem musiałem stać przed barakiem (w którym odbywała się medytacja) i chronić go przed jakimiś stworami (nawet nie wiem dokładnie co to było). W jakiś sposób udało mi się uporać z problemem. Po wszystkim wróciłem do baraku aby pomóc grupie. Niestety nie udało mi się dokonać "połączenia", o czym nie wiedziałem. Nieświadomie zacząłem składać moje BMW w całość. Troszkę z Malucha, trochę z Corvette. Wyszedł czołg bez lufy, z przyciemnianymi szybami i "rekinkiem" na dachu. Jeździłem nim w świetle zachodzącego słońca.
W celach udokumentowania zmian na mojej głowie postanowiłem po raz kolejny zamieścić krótki wpis na ten temat. Tym razem nie o kolejnym odnotowanym przyroście włosów (nadal jest na poziomie "jezusowym"), a o nowej fryzurze.
W ramach spełniania marzeń mej kobiecej części (ponoć każdy z nas ma coś z tej drugiej płci) zrobiono mi warkocze w stylu "gangsta" (niestety fachowej nazwy nie znam, posługuję się określeniem podsuniętym przez znajomych).
Reakcje znajomych były różne. Jedni w sumie nie dali nic po sobie znać, inni dość się dziwili. Najlepszą reakcję miał mój ojciec, który wręcz kazał iść do fryzjera i pozbyć się tych dziwnych warkoczy. Coś przebąkiwał, że chyba totalnie zgłupiałem i wstyd przynoszę. Nawet jeśli wyglądałem jak debil to przyznać muszę, że czułem się całkiem nieźle z czymś takim na głowie. Poza tym, w myśl nauk buddyjskich, ego trzeba niszczyć wszelkimi sposobami ;)
Tak się zastanawiałem nad tym o czym mógłbym napisać w moim testamencie. Załóżmy, że zemrze mi się w najbliższym czasie - co chciałbym w takim wypadku przekazać bliskim? Dobytku w zasadzie nie posiadam, także jedyną rzeczą jaką bym pozostawił to chyba słowo.
Raj spytał się Buddy, "Czcigodny Panie, dlaczego mój umysł włóczy się po zakazanych miejscach, gdy Twój tego nie robi?" "Panie, dlaczego obgaduję innych, a Ty nie?", "Panie, dlaczego nie mam współczucia dla innych kiedy Ty masz?". Wszystkie pytania Raj'a były tej samej natury.
Budda odpowiedział, "Raj, Twoje pytania są dobre, ale wydaje mi się, że za 24 godziny umrzesz".
Dawno temu czytałem artykuł o urządzeniu, które nazwano chronowizor. Stworzył je ojciec Pellegrino Ernetti wraz z grupą naukowców. Chronowizor był telewizją przeszłości. Dzięki niemu można było oglądać zdarzenia z przeszłości. Zasada działania opierała się na tym, że ów urządzenie próbowało "wyłapać" cząstki energii, które wg. ojca Ernettiego nigdy nie przepadały.
Weźmy dźwięk: każda fala dźwięku to energia, pochodzi z określonego źródła [...], dzieli się na coraz mniejsze jednostki, jednak nie ulega zniszczeniu, tylko podlega tym samym procesom, które znamy z teorii względności. Materia rozkłada się nie tylko na atomy, ale i na mniejsze cząsteczki, i może zostać zrekonstruowana przy użyciu odpowiednich procedur. To możliwe, bo mamy do czynienia z energią. Do tego potrzebna jest odpowiednia aparatura, ale to już inna sprawa. Trzeba tylko zapamiętać zasadę: energia nie ginie, tylko się zmienia
ojciec Ernetti w wywiadzie dla gazety "La Domenica das Corriere"
Ojciec Ernetti jako dowód miał pokazać twarz Jezusa. Poza tym dokonał "rekonstrukcji" dzieła "Tiestes" napisanego przed rokiem 169 p. n. e. przez Kwintusa Enniusa Calabera. W obu przypadkach udowodniono, że przedstawione dowody są fałszerstwem.
Wątpię aby opisane urządzenie w ogóle działało. Nawet nie w tym rzecz. Zainteresowała mnie wówczas kwestia rozpadającej się energii. Czy faktycznie jest tak, że ona nigdy nie zanika a energia wytworzona w przeszłości istnieje do dzisiaj? Czasami odnoszę wrażenie, że owa energia faktycznie potrafi pozostać w pewnych miejscach. Nie raz wydawało mi się, że mijałem takie miejsca.
Przyszła wiadomość o katastrofie samolotu, w którym leciał prezydent Kaczyński. W sumie jakoś nikt się tym specjalnie nie przejął. Przyznam, że ja również.
Zaskoczyła mnie jedna, dość specyficzna reakcja na blogosferze (pominę nadęte próby wciskania żałoby) - radość spowodowana tym, że zginęły osoby.
Czy naprawdę potrafimy być aż tak nieludzcy wobec śmierci innych? A może tak naprawdę nie liczy się nic poza nami samymi? Fakt, to nie jest nasza tragedia (przynajmniej nie moja). Co jest zabawnego w tym, że znowu ktoś musiał zginąć (w ten czy inny sposób)?
Tak wiem, Ameryki to ja nie odkryłem..
Były święta, była też spowiedź. Osobiście to do tematu podszedłem po staremu, czyli poszedłem odklepałem co miałem i tyle. Jedna rzecz mnie zastanowiła. Na liście grzechów pojawiła się pozycja "kłamstwo".
Należę do ludzi, którzy po prostu nie parają się kłamstwem. Nawet gdy chodziło o "grę" polegającą na udziale w "życiu kościelnym" starałem się dotrzymywać wszelkich zasad określających warunki gry. Równie dobrze mogłem udawać, że wszystko załatwiłem jak należy, a tak wcale nie było.
Wspomniane kłamstwo dało mi do myślenia. Kiedy, gdzie i dlaczego? Po jaką cholerę w ogóle się tym przejmowałem? A jednak, malutka skaza pozostała. Zupełnie przy okazji przyszła mi inna myśl - czy zdarzają mi się tzw "codzienne kłamstwa"? Dużo osób zwyczajnie wysługuje się kłamstewkami aby załatwić swoje sprawy. Często to jest nawet całkiem wygodne, ale znów - ja tak nie robię..
Wraz z tą spowiedzią wyszło mocne postanowienie, aby nawet raz nie skłamać. Może to i debilne, ale ja naprawdę nie uznaję takich rozwiązań. Nie znoszę gdy ktoś mi wciska kit, sam nie lubię tego robić. Zawsze można zwyczajnie powiedzieć, że nie chcę na dany temat mówić. Poza tym nie mam oporów przyznać się do ew. ułomności.