Byłem na Bermudach. Za bardzo nie wiem w jakim celu. Wczasy to chyba nie były. W każdym bądź razie płynę sobie przed siebie aż tutaj na środku oceanu widzę "właz". W sumie to były takie kwadratowe drewniane drzwiczki, otwarte. Wejście było idealnie w bezruchu. Pomimo fal cały czas stało w miejscu. Z ciekawości spojrzałem przez ten właz. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałem.. wodę. W sumie to ten właz nigdzie nie prowadził, po prostu sobie był utwierdzony pośrodku oceanu.
Olałem tajemniczy właz do tego samego wymiaru i postanowiłem wracać na brzeg. Płynę sobie i nagle jak mnie nie sieknie melodia ze "Szczęk"!. Widzę w oddali jakiś czarny cień się zbliża. Myślę sobie nijak rekin musi być!. Płynę jeszcze szybciej i jakoś dobiłem do tego brzegu. Okazało się, że cień nie był rekinem, a gigantyczną mureną. W dodatku taką z nogami.
Poczwara wyłoniła się z wody. Najwyraźniej nie kwapiła się wyłazić na brzeg także jedyne co zrobiła to syknęła nienawistnie i zniknęła w odmętach oceanu.
Dzisiejszy wykład był taki bardziej "historyczny". Tommy opowiedział o tym jak zetknął się z buddyzmem. Trzeba przyznać, że jego historia jest mocno pokręcona, chociaż sposób w jaki ją opowiedział nie zbywała ani na chwilę uśmiechu.
Po wykładzie zwróciłem się do Tommiego z osobistym pytaniem. Myślę, że dla tych co czytają tego bloga to pytanie było dość oczywiste. Jak sobie poradzić z tymi uczuciami skoro powracają?
Odpowiedź prosta - zbywać je. Są nietrwałe także nie ma sensu zaprzątać sobie nimi głowy. Na pożegnanie powiedział jeszcze coś co mnie lekko zamurowało:
Do the best, fuck the best.
To pierwsze to odnosiło się do praktyk. To drugie to hmm.. do całej reszty :)
Ps. jeśli związek karmiczny jest dostatecznie silny nie ma co się obawiać o losy znajomości, na pewno przetrwają i będą bardzo dobre. Czy tak jest w moim przypadku? Odnoszę wrażenie, że tak.
Oświecenie w buddyzmie jest postrzegane jako idealny wgląd w naturę umysłu. Jest to zniesienie wszelkich koncepcji, oraz zrozumienie prawdziwej natury rzeczy.
Nie ma mowy o czymś takim, że po osiągnięciu oświecenia będziemy widzieć nieskończoną przestrzeń jaką umysł jest. Jak to ujął dzisiaj jeden z nauczycieli Tommy Bogs:
It' won't be like "oh, where's the fucking house?!"
Tommy zwrócił również uwagę na inny ciekawy aspekt. Dzięki chęci dążenia do oświecenia wkraczamy na drogę własnego rozwoju. W pewnym momencie będzie trzeba przestać pożądać uzyskania oświecenia. Jeśli tego nie zrobimy to ostatnią przeszkodą do pełnego wglądu będzie właśnie nasze pożądanie.
W ciekawy sposób Lama Ole przedstawił to jak świat może być postrzegany przez oświecony umysł:
Wyobraźcie sobie, że do tej sali wchodzi teraz kilku trudnych chłopaków i zaczyna rzucać dookoła granatami - jeżeli ocenilibyśmy te sytuację w zwyczajny sposób, z pewnością nie spodobałoby się nam to (...). Ale gdybyśmy spojrzeli na nią z absolutnego punktu widzenia, bez osobistej oceny, każdy ruch kawałków metalu i ciał byłby najwyższą mądrością, najwyższym wyrazem możliwości zawartych w przestrzeni.
Swoistym paradoksem jest to, że nauki buddyjskie opisują oświecenie za pomocą koncepcji. Z tego też powodu mówi się o tym, że buddyzm jest zbiorem narzędzi do osiągnięcia oświecenia. Ostatecznie to my mamy się przekonać jak to oświecenie wygląda.
Z tego co zrozumiałem to recepta Buddyzmu na tego typu problem jest prosta: "do not feed the troll". Prawda, że łatwe? Problem w tym, że często jest tak, że nie można odpuścić takim trollom emocjonalnym.
Moje niewyspanie z samego rana odbijało się wyjątkowo złym humorem. Humorem, dołem nieważne. Samopoczucie równie fatalne. Zebrałem się w kupę, zjadłem jakieś śniadanie i wypad do pracy.
W międzyczasie dodzwoniłem się do ex-teścia. Mam z nim pewne interesy i chciałem po prostu pogadać co dalej (skoro teściowie w końcu dowiedzieli się o naszym rozstaniu). Spodziewałem się raczej zwykłej, konkretnej rozmowy. Zamiast tego usłyszałem zaraźliwy śmiech i zapewnienie, że pewnie jeszcze nie raz będziemy pili wódkę.
Taki zwykły śmiech poprawił mój humor. Nie ma nic lepszego niż żartowanie z tego co się działo i dzieje. Proste śmianie się z rzeczy sprawia, że przestają być takie ponure. Ot, zwykły optymizm, który trzeba w siebie wpoić, co więcej zarażać nim innych.
Zwykły śmiech po prostu rozpuszcza to co sztywne.
Wiele osób chciało mnie w jakiś sposób pocieszać. Czy to na łamach tego bloga, czy podczas zwykłej rozmowy. Zazwyczaj słowa otuchy były do siebie podobne. "To minie", "Czas leczy rany", "Wszystkie kobiety to kurwy są", "Będzie dobrze" itd.
Zabrakło mi słów w rodzaju: "ciesz się tym co było, wykorzystaj to w przyszłości". Myślę, że będę takie słowa kierować innym w podobnej sytuacji. Powód jest prosty. Świadome wykorzystanie doświadczeń z poprzedniego związku może wpłynąć na "jakość" kolejnego. Wiem z autopsji.
Wraz z pierwszymi, udanymi, próbami przebicia się promieni słonecznych przypomniał mi się wpis z dawnych lat. Czy teraz będzie podobnie? Na widok słońca duch się we mnie ożywił nieco. Zaraz potem wspomnienia dały o sobie znać i ponownie trafiłem na dołek emocjonalny.
Te dołki są już coraz rzadsze, może wraz z nowymi promieniami słońca opuszczą mnie w zupełności?
Zauważyłem, że praktyki medytacyjne sprawiają, że lepiej rozumiem to co się dzieje. Dzięki nim znajduję wewnętrzny spokój. Niestety opuszczenie choćby jednej z nich sprawia, że powolutku ta wewnętrzna harmonia ulega rozpadowi.
Nie bez powodu medytacje trzeba powtarzać. Im dłużej się je praktykuje to osiągnięte szczęście również trwa dłużej. W pewnym momencie po prostu przestanie zanikać.
I co z tego, że dziennie mijam dziesiątki osób? Co z tego, że mój komunikator(y) ma sumarycznie około setki osób, skoro nie mam z kim się spotkać i pogadać? W miejscach gdzie jest ogrom ludzi czuję się bardziej samotny niż w swoim własnym pokoju.
Chyba nadal nie potrafię się pozbierać. Minął miesiąc, a ja w sumie nadal nie wiem w którą stronę iść. Najgorsze jest to, że po prostu nie ma się z kim spotkać, pogadać. Brakuje mi drugiej bratniej duszy. Kogoś z kim mógłbym patrzeć na niebo cały dzień i nie nudzić się przy tym.
Z moimi znajomymi jest chyba ten problem, że w większości sytuacji to ja muszę dzwonić, pisać aby się spotkać. Najwyraźniej nie jestem im do szczęścia potrzebny. Kiedyś mi to nie przeszkadzało, teraz kole w oczy.
Wczoraj poświęciłem troszkę czasu na lekturę historii Karmapy. Karmapa jest zwierzchnikiem szkoły Karma Kagyu. Ciekawe jest to, że jest on również tzw. Tulku czyli kimś kto doznał oświecenia i świadomie dokonuje reinkarnacji.
Czytając wspomnianą historię kolejnych wcieleń Karmapy można się dowiedzieć, że już przed śmiercią potrafił pozostawiać dokładne wskazówki jak odnaleźć jego kolejne wcielenia. Ciekawe też jest to, że wiele z kolejnych wcieleń zaraz po narodzeniu wiedziało kim jest i manifestowało swoje odrodzenie.
Z perspektywy nauk Buddy takie coś nie powinno dziwić. Umysł jest jedyną trwałą rzeczą, ciało jedynie formą. Fakt odrodzenia jest tutaj czymś normalnym i osiągalnym. Poprzez medytację można dojrzeć swoje poprzednie żywoty, chociaż nie zawsze jest to możliwe. Ponoć obecny Dalajlama nie potrafi tego dokonać. Nie powinniśmy się jednak przejmować tym jakie były poprzednie życia. Efekt działań w poprzednich żyć przejawia się w naszym aktualnym w postaci karmy.
Przy okazji oddawania rzeczy stwierdziłem, że warto wspomnieć o takim małym czymś co zostało mi zwrócone. Mowa tutaj o pamiętniku. Żadnym blogu, żadnym spisywaniem dziennych myśli. Jest to jeszcze pamiętnik, który dostałem podczas pierwszej komunii. Było to 13 lat temu.
W tym pamiętniku są głównie wpisy kolegów, znajomych, przyjaciół. Jeden należy nawet do byłej dziewczyny. Tamten związek w ogólności nie należał do najlepszych. Mimo to czytałem jej wpis z uśmiechem na twarzy.
Mała rzecz, a cieszy. Czuję, że tą dziecięcą pozostałość przekażę jeszcze wielu osobom. Tak aby moja pamięć o nich nie przeminęła.
Mocno się wzbraniałem aby zebrać Jej rzeczy. Jeszcze gorzej czułem się z myślą, że to co oddam już nie wróci. Niesamowicie durne myślenie. Jakby te rzeczy miały jakikolwiek wpływ na moje życie.
Myślę, że kryła się za tym myśl, że oddając te rzeczy będzie to oznaczało definitywne zakończenie związku. Ot, zwykła symbolika.
Dzisiaj się umówiliśmy na to aby się spotkać i oddać swoje rzeczy. Mój wewnętrzny spokój pękł w momencie kiedy zacząłem zbierać wszystko do kupy. W zasadzie oddałem wszystko, poza rzeczami dla mnie niezbędnymi, oraz zdjęciami. Zdjęć nie oddam, choćby miały leżeć zakurzone na strychu. W przyszłości będę patrzeć na nie z uśmiechem, a nie żalem.
Tak więc dzisiaj mam kolejny smutny etap za sobą. Pozostają złudzenia, nadzieje. Odnoszę jednak wrażenie, że łatwiej będzie mi stawiać kolejne kroki. Czasu nie cofnę, a w miejscu nie zamierzam tkwić.
Aktualnie funkcjonuję trochę jak wielka huśtawka emocjonalna. Przez większość czasu jest dobrze, aż nagle przychodzi krach. Tak było dzisiaj. Ogólna załamka, niechęć do robienia czegokolwiek. Do tego kolejne złudne myśli i hiperbolizowanie.
Poważnie bałem się, że ten stan będzie mnie męczył do końca dnia. Na szczęście dzisiaj był dzień medytacji. Dzięki tym 30 minutom skupienia się nad samym sobą te negatywne myśli po prostu odeszły. Fakt, są gdzieś w mojej świadomości, ale już nie tak silne jak były wcześniej.
Czy to wynik medytacji, a może przyjście do miejsca w którym zebrała się grupa pozytywnie nastawionych do życia ludzi? Na chwilę obecną nie wiem. Wiem natomiast tyle, że trzeba mocniej pracować nad samym sobą. Wszelkie negatywne emocje przeminą, gdyż z natury swej są nietrwałe.
Dawniej buddyzm był dla mnie sztuką wyzbycia się przywiązania. Rozumiałem to w ten sposób, że trzeba za sobą porzucić wszystko aby w ogóle móc być szczęśliwym. Dla mnie z perspektywy miłości i partnerstwa była to przerażająca wizja.
Uważam, że miłość jest czymś najpiękniejszym. Dlaczego więc miałem się jej wyzbywać aby zdobyć szczęście?
Po wykładzie Florindy Czeija "Miłość i partnerstwo" o wiele lepiej zrozumiałem tą kwestię. Buddyzm wcale nie mówi aby wyzbywać się wszelkiej miłości oraz więzi z ludźmi. Pary łatwiej dokonują zmian w swoim życiu. Są bardziej otwarte na nowe doświadczenia, a ich szczęście może mieć wpływ na życie innych.
Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć to samo. Jestem w stanie dokonać w sobie wielu zmian, tylko jeśli są to zmiany dla bliskiej mi osoby. Będąc samemu nie czuję za bardzo potrzeby na to aby cokolwiek zmieniać.
Na czym polega? Ano na tym, że człowiek przejrzał już wszystko co mógł, obejrzał co mógł i czyta sobie pudelka aby zabić kolejne chwile. Do tego można dorzucić brak chęci na wyjście gdziekolwiek. Samemu to już nie jest takie fajne jak dawniej.
Z bliską osobą można nawet wspólnie gapić się na deszcz, a otaczający świat jest po prostu piękny. Gdy jest się samym to nawet słońce nie potrafi spowodować uśmiechu.
Nie lubię zmian. Po ostatnich muszę zaczynać praktycznie wszystko od początku. Już wtedy postanowiłem, że coś będzie trzeba ze sobą zrobić.
Buddyzmem interesowałem się nieco wcześniej, jednak nie było to nic konkretnego. Na trójmiejski ośrodek medytacyjny natknąłem się przypadkiem, podczas spaceru. Jakiś czas się wahałem czy chcę spróbować czegoś takiego.
Wczoraj zdecydowałem się pójść na medytacje. Przyszedłem wcześniej, zostałem nieco wprowadzony do "tematu". Same medytacje były, raczej, krótkie, bo trwały jakieś 30 minut.
Ciężko powiedzieć abym dostał od razu oświecenia, aczkolwiek wyczuwam pewną małą różnicę.
Moje ogólne wrażenia są bardzo pozytywne. Zamierzam się wybrać na kolejne spotkania.
Nie wiedzieć czemu ludzie chcą być nieśmiertelni. Jedni chcą się odmładzać, inni wierzą w technologię oraz modyfikację naszych genów. Wydaje mi się, że jest nawet lepszy sposób na osiągnięcie takiej "nieśmiertelności". W każdym bądź razie jest to sposób bardziej realny.
W dzisiejszych czasach jesteśmy tak naprawdę numerkiem. PESEL, seria dowodu osobistego, nr ubezpieczenia itd.. Imię i nazwisko ma zasięg raczej lokalny, ograniczony do osób które znamy. W szerszym zakresie jest bezużyteczny - nie jest unikalny jak zwykły identyfikator liczbowy.
A gdyby żyć w taki sposób aby więcej osób niż tylko znajomi zapamiętali nasze nazwisko? Egipcjanie bodajże wierzyli, że człowiek umiera dopiero wtedy kiedy zamiera pamięć o nim.
Może w tym sposób aby być "nieśmiertelnym"? Żyć w ten sposób aby wielu o tym pamiętało..
Po prawie trzech latach związku człowiek nie spodziewa się takiego obrotu spraw. Nie będę mówił, że czuję teraz pustkę. Te trzy lata były wspaniałe i skutecznie zamazały pamięć o moim nudnym życiu. Pustka dopiero nastanie w momencie, gdy rozmowy nasze już nie będą takie same. Pustka będzie wtedy kiedy nie będę miał kogo przytulić, a jedynym towarzyszem będzie laptop z Internetem.
Nie pojmuję jak to się stało. Wiązałem przecież ogromne plany z tym związkiem, a teraz są one nic nie warte.
Co dalej? Nie wiem. Chyba będzie trzeba się otrząsnąć, "pozamykać" rzeczy związane z poprzednim życiem i zacząć je od nowa. Chyba zawsze tak się dzieje kiedy ta druga połówka odchodzi.
Nie jest to łatwe zadanie. Nagle odkrywa się, że tymi kilkoma procentami mojego życia byłem ja, reszta to był nasz związek.
W dzień grania WOŚP wybraliśmy się do kina. Przy wejściu stali dwaj żebracy, których mijały setki ludzi z czerwonym serduchem. Szanowni dobroczyńcy nawet nie spojrzeli na dwóch żebrzących.
Trochę dołujący obrazek. Człowiek ma moralność selektywną. Jednym pomoże innych zupełnie oleje.
Ja również olałem tych dwoje. W zasadzie mam pewne wyrzuty co do tego, bo mogłem się po prostu spytać czy chcą coś zjeść. Są postępy w byciu miastowym..
Upadłem na łóżko. Dosłownie czułem jak moje znużone myśli opadają na dno mojej czaszki. Pewnie były zmęczone swoim istnieniem tak samo jak ja myśleniem o nich. Po pewnym czasie ich liczba przekroczyła masę krytyczną i głowy nie udało się podnieść.
Oczekiwany zgon nie nadszedł. Po chwili myśli bardziej żywotne rozgoniły te leniwe i przypomniały o tym co pozostało do zrobienia. Pranie, kolacja, nauka i robienie projektu. Pierwsze dwa zakończone z powodzeniem, pozostałe dwa praktycznie bez zmian. Bilans na dzisiaj 1:1, czyli w sumie bez zmian.