Udało się! Kuchary zaliczyłem, spotkałem Olego. Przyjąłem Schronienie, jego błogosławieństwo. Świetnie się bawiłem, wypocząłem, a do tego zostałem wzbogacony o całą masę nowych doświadczeń. Niniejszy wpis będzie swego rodzaju podsumowaniem tego wyjazdu.
Oczywiście w swój specyficzny sposób całość będzie zapisana chaotycznie, bez specjalnego porządku.
A jednak się udało. Dzisiaj wraz z przyjaciółmi jedziemy do Kuchar na wielki kurs medytacyjny z lamą Ole. W końcu będę mógł się przekonać jaki jest w rzeczywistości, oraz zweryfikować to co inni o nim mówią.
Wizja wyrwania się na weekend brzmi niesamowicie. Przyda mi się taka forma odpoczynku.
Tylko martwe ryby płyną z prądem rzeki.
Zasłyszane z ust Wojtka Tracewskiego, choć to nie jest jego tekst (niestety nie potrafię sobie przypomnieć czyj).
Sesja jest już za mną. Właściwie to pozostała w zawieszeniu, trzeba będzie się przygotować na kampanię wrześniową (oby to był Blitzkrieg). Uwaliłem dwa przedmioty, z czego jeden ewidentnie na własne życzenie. Postanowiłem potraktować wykładowców w taki sam sposób jak oni nas. Wprawdzie było to z góry skazane na porażkę, bo moje fochy i tak nie miały żadnego wpływu na ich działania.
W każdym bądź razie zaczynają się wakacje. Kompletnie nie wiem co będę robić. Perspektywa wolnych weekendów wiąże się z myślą siedzenia w mieszkaniu. Nie mam nawet zaplanowanego urlopu. Tym razem zapowiada się dość posępnie. Chyba, że pewne osoby/zdarzenia zmienią ten stan rzeczy.
Jedynym solidnym postanowieniem jest wypad nad jezioro, nie jeden. Rok temu, będąc w rodzinnych stronach, praktycznie ani razu nie miałem okazji się poszlapać w jeziorze. Jakoś tego brakuje, zwłaszcza, że dawniej dzień bez wypadu nad jezioro był dniem straconym.
Już teraz wolne chwile spędzam na częstych wypadach na rolki - jest to skuteczny ubijacz wolnego czasu. Będąc sam zupełnie nie wiem co mam ze sobą zrobić, brakuje jakiś sensownych inspiracji do działań.
Jeśli się uda to jadę na weekend do Kuchar na letni kurs medytacyjny. Z dniem dzisiejszym rozpoczynam również praktykę małego schronienia. Po jej ukończeniu przyjdzie czas na rozpoczęcie Nyndro.
Mimo posępnego wyrazu notki nie jest źle. Doskwiera w pewnym sensie samotność, ale na szczęście są osoby, dzięki którym przestaję ją odczuwać. Póki co przyszłość nie wydaje się być różowa, chociaż nie specjalnie się tym przejmuję. Nie ma sensu wybiegać za bardzo do przodu kiedy trzeba się skupić na tym co jest teraz. W ten sam sposób postaram się wykorzystać wszelkie możliwości jakie mi się nadarzą.
There's no ego. No bad energy.
Playing For Change Band Live Trailer
Wraz z poznawaniem nauk buddyjskich zainteresował mnie temat ego. Można się natknąć na wypowiedzi ludzi (niekoniecznie związanych z buddyzmem), którzy nawiązują do ego. Pomimo różnic w określeniu problemu podstawowy sens wydaje się być ten sam - ego jest przyczyną wszystkich problemów pojawiających się w relacjach ludzkich.
Pierwszą przyczyną gniewu jest ego, czyli silne przywiązanie do siebie. Tam gdzie jest "ja", jest także "moje", "moje rzeczy", "moja rodzina", cały świat jest ze mną związany. Nawet wróg jest "moim" wrogiem.
Gyaltrul Rinpocze - Jak pracować z gniewem
Pewnego razu zauważyłem, że jeden z moich znajomych swój wpis na Blipie oznaczył tagiem #takakarma. Czym dla Was jest karma? Wydaje mi się, że coraz więcej osób próbuje swój los "spychać" na karmę (podobnie jak niektórzy robią to samo w stosunku do boga), nie wiedząc chyba czym to jest. Co ciekawe znam osoby, które są przekonane o istnieniu karmy, chociaż są ateistami.
W takim razie czym dla Was jest karma? Jak rozumiecie to pojęcie?
Postanowiłem w końcu zakupić sobie narzędzie, które pomoże mi w mojej praktyce medytacyjnej. Jest nim mala, którą najłatwiej opisać jako "buddyjski różaniec". Z ciekawości poczytałem sobie troszkę o malach i przyznać muszę, że jej symbolika jest całkiem powalająca.
Sama liczba korali już ma masę symboli (opisane znaczenia najwyraźniej nie dotyczą tylko i wyłącznie tradycji buddyjskiej). Natomiast to co mnie kompletnie zaskoczyło to fakt, że w zależności od prowadzonych praktyk ważny jest również materiał oraz kolor mali. Co ciekawe nie spotkałem się z tym aby w Diamentowej Drodze znaczenie miał materiał i kolor mali. Ważna jest ogólna budowa, czyli 108 korali (są też małe male mające 27 korali) oraz symboliczna stupa.
Wikipedia mówi nawet, że jest taki pogląd iż chrześcijański różaniec pochodzi właśnie od tradycyjnych mali.
Raj spytał się Buddy, "Czcigodny Panie, dlaczego mój umysł włóczy się po zakazanych miejscach, gdy Twój tego nie robi?" "Panie, dlaczego obgaduję innych, a Ty nie?", "Panie, dlaczego nie mam współczucia dla innych kiedy Ty masz?". Wszystkie pytania Raj'a były tej samej natury.
Budda odpowiedział, "Raj, Twoje pytania są dobre, ale wydaje mi się, że za 24 godziny umrzesz".
Dawno temu czytałem artykuł o urządzeniu, które nazwano chronowizor. Stworzył je ojciec Pellegrino Ernetti wraz z grupą naukowców. Chronowizor był telewizją przeszłości. Dzięki niemu można było oglądać zdarzenia z przeszłości. Zasada działania opierała się na tym, że ów urządzenie próbowało "wyłapać" cząstki energii, które wg. ojca Ernettiego nigdy nie przepadały.
Weźmy dźwięk: każda fala dźwięku to energia, pochodzi z określonego źródła [...], dzieli się na coraz mniejsze jednostki, jednak nie ulega zniszczeniu, tylko podlega tym samym procesom, które znamy z teorii względności. Materia rozkłada się nie tylko na atomy, ale i na mniejsze cząsteczki, i może zostać zrekonstruowana przy użyciu odpowiednich procedur. To możliwe, bo mamy do czynienia z energią. Do tego potrzebna jest odpowiednia aparatura, ale to już inna sprawa. Trzeba tylko zapamiętać zasadę: energia nie ginie, tylko się zmienia
ojciec Ernetti w wywiadzie dla gazety "La Domenica das Corriere"
Ojciec Ernetti jako dowód miał pokazać twarz Jezusa. Poza tym dokonał "rekonstrukcji" dzieła "Tiestes" napisanego przed rokiem 169 p. n. e. przez Kwintusa Enniusa Calabera. W obu przypadkach udowodniono, że przedstawione dowody są fałszerstwem.
Wątpię aby opisane urządzenie w ogóle działało. Nawet nie w tym rzecz. Zainteresowała mnie wówczas kwestia rozpadającej się energii. Czy faktycznie jest tak, że ona nigdy nie zanika a energia wytworzona w przeszłości istnieje do dzisiaj? Czasami odnoszę wrażenie, że owa energia faktycznie potrafi pozostać w pewnych miejscach. Nie raz wydawało mi się, że mijałem takie miejsca.
Były święta, była też spowiedź. Osobiście to do tematu podszedłem po staremu, czyli poszedłem odklepałem co miałem i tyle. Jedna rzecz mnie zastanowiła. Na liście grzechów pojawiła się pozycja "kłamstwo".
Należę do ludzi, którzy po prostu nie parają się kłamstwem. Nawet gdy chodziło o "grę" polegającą na udziale w "życiu kościelnym" starałem się dotrzymywać wszelkich zasad określających warunki gry. Równie dobrze mogłem udawać, że wszystko załatwiłem jak należy, a tak wcale nie było.
Wspomniane kłamstwo dało mi do myślenia. Kiedy, gdzie i dlaczego? Po jaką cholerę w ogóle się tym przejmowałem? A jednak, malutka skaza pozostała. Zupełnie przy okazji przyszła mi inna myśl - czy zdarzają mi się tzw "codzienne kłamstwa"? Dużo osób zwyczajnie wysługuje się kłamstewkami aby załatwić swoje sprawy. Często to jest nawet całkiem wygodne, ale znów - ja tak nie robię..
Wraz z tą spowiedzią wyszło mocne postanowienie, aby nawet raz nie skłamać. Może to i debilne, ale ja naprawdę nie uznaję takich rozwiązań. Nie znoszę gdy ktoś mi wciska kit, sam nie lubię tego robić. Zawsze można zwyczajnie powiedzieć, że nie chcę na dany temat mówić. Poza tym nie mam oporów przyznać się do ew. ułomności.
Dzisiejszy wykład był taki bardziej "historyczny". Tommy opowiedział o tym jak zetknął się z buddyzmem. Trzeba przyznać, że jego historia jest mocno pokręcona, chociaż sposób w jaki ją opowiedział nie zbywała ani na chwilę uśmiechu.
Po wykładzie zwróciłem się do Tommiego z osobistym pytaniem. Myślę, że dla tych co czytają tego bloga to pytanie było dość oczywiste. Jak sobie poradzić z tymi uczuciami skoro powracają?
Odpowiedź prosta - zbywać je. Są nietrwałe także nie ma sensu zaprzątać sobie nimi głowy. Na pożegnanie powiedział jeszcze coś co mnie lekko zamurowało:
Do the best, fuck the best.
To pierwsze to odnosiło się do praktyk. To drugie to hmm.. do całej reszty :)
Ps. jeśli związek karmiczny jest dostatecznie silny nie ma co się obawiać o losy znajomości, na pewno przetrwają i będą bardzo dobre. Czy tak jest w moim przypadku? Odnoszę wrażenie, że tak.
Oświecenie w buddyzmie jest postrzegane jako idealny wgląd w naturę umysłu. Jest to zniesienie wszelkich koncepcji, oraz zrozumienie prawdziwej natury rzeczy.
Nie ma mowy o czymś takim, że po osiągnięciu oświecenia będziemy widzieć nieskończoną przestrzeń jaką umysł jest. Jak to ujął dzisiaj jeden z nauczycieli Tommy Bogs:
It' won't be like "oh, where's the fucking house?!"
Tommy zwrócił również uwagę na inny ciekawy aspekt. Dzięki chęci dążenia do oświecenia wkraczamy na drogę własnego rozwoju. W pewnym momencie będzie trzeba przestać pożądać uzyskania oświecenia. Jeśli tego nie zrobimy to ostatnią przeszkodą do pełnego wglądu będzie właśnie nasze pożądanie.
W ciekawy sposób Lama Ole przedstawił to jak świat może być postrzegany przez oświecony umysł:
Wyobraźcie sobie, że do tej sali wchodzi teraz kilku trudnych chłopaków i zaczyna rzucać dookoła granatami - jeżeli ocenilibyśmy te sytuację w zwyczajny sposób, z pewnością nie spodobałoby się nam to (...). Ale gdybyśmy spojrzeli na nią z absolutnego punktu widzenia, bez osobistej oceny, każdy ruch kawałków metalu i ciał byłby najwyższą mądrością, najwyższym wyrazem możliwości zawartych w przestrzeni.
Swoistym paradoksem jest to, że nauki buddyjskie opisują oświecenie za pomocą koncepcji. Z tego też powodu mówi się o tym, że buddyzm jest zbiorem narzędzi do osiągnięcia oświecenia. Ostatecznie to my mamy się przekonać jak to oświecenie wygląda.
Z tego co zrozumiałem to recepta Buddyzmu na tego typu problem jest prosta: "do not feed the troll". Prawda, że łatwe? Problem w tym, że często jest tak, że nie można odpuścić takim trollom emocjonalnym.
Wraz z pierwszymi, udanymi, próbami przebicia się promieni słonecznych przypomniał mi się wpis z dawnych lat. Czy teraz będzie podobnie? Na widok słońca duch się we mnie ożywił nieco. Zaraz potem wspomnienia dały o sobie znać i ponownie trafiłem na dołek emocjonalny.
Te dołki są już coraz rzadsze, może wraz z nowymi promieniami słońca opuszczą mnie w zupełności?
Zauważyłem, że praktyki medytacyjne sprawiają, że lepiej rozumiem to co się dzieje. Dzięki nim znajduję wewnętrzny spokój. Niestety opuszczenie choćby jednej z nich sprawia, że powolutku ta wewnętrzna harmonia ulega rozpadowi.
Nie bez powodu medytacje trzeba powtarzać. Im dłużej się je praktykuje to osiągnięte szczęście również trwa dłużej. W pewnym momencie po prostu przestanie zanikać.
Wczoraj poświęciłem troszkę czasu na lekturę historii Karmapy. Karmapa jest zwierzchnikiem szkoły Karma Kagyu. Ciekawe jest to, że jest on również tzw. Tulku czyli kimś kto doznał oświecenia i świadomie dokonuje reinkarnacji.
Czytając wspomnianą historię kolejnych wcieleń Karmapy można się dowiedzieć, że już przed śmiercią potrafił pozostawiać dokładne wskazówki jak odnaleźć jego kolejne wcielenia. Ciekawe też jest to, że wiele z kolejnych wcieleń zaraz po narodzeniu wiedziało kim jest i manifestowało swoje odrodzenie.
Z perspektywy nauk Buddy takie coś nie powinno dziwić. Umysł jest jedyną trwałą rzeczą, ciało jedynie formą. Fakt odrodzenia jest tutaj czymś normalnym i osiągalnym. Poprzez medytację można dojrzeć swoje poprzednie żywoty, chociaż nie zawsze jest to możliwe. Ponoć obecny Dalajlama nie potrafi tego dokonać. Nie powinniśmy się jednak przejmować tym jakie były poprzednie życia. Efekt działań w poprzednich żyć przejawia się w naszym aktualnym w postaci karmy.
Aktualnie funkcjonuję trochę jak wielka huśtawka emocjonalna. Przez większość czasu jest dobrze, aż nagle przychodzi krach. Tak było dzisiaj. Ogólna załamka, niechęć do robienia czegokolwiek. Do tego kolejne złudne myśli i hiperbolizowanie.
Poważnie bałem się, że ten stan będzie mnie męczył do końca dnia. Na szczęście dzisiaj był dzień medytacji. Dzięki tym 30 minutom skupienia się nad samym sobą te negatywne myśli po prostu odeszły. Fakt, są gdzieś w mojej świadomości, ale już nie tak silne jak były wcześniej.
Czy to wynik medytacji, a może przyjście do miejsca w którym zebrała się grupa pozytywnie nastawionych do życia ludzi? Na chwilę obecną nie wiem. Wiem natomiast tyle, że trzeba mocniej pracować nad samym sobą. Wszelkie negatywne emocje przeminą, gdyż z natury swej są nietrwałe.
Dawniej buddyzm był dla mnie sztuką wyzbycia się przywiązania. Rozumiałem to w ten sposób, że trzeba za sobą porzucić wszystko aby w ogóle móc być szczęśliwym. Dla mnie z perspektywy miłości i partnerstwa była to przerażająca wizja.
Uważam, że miłość jest czymś najpiękniejszym. Dlaczego więc miałem się jej wyzbywać aby zdobyć szczęście?
Po wykładzie Florindy Czeija "Miłość i partnerstwo" o wiele lepiej zrozumiałem tą kwestię. Buddyzm wcale nie mówi aby wyzbywać się wszelkiej miłości oraz więzi z ludźmi. Pary łatwiej dokonują zmian w swoim życiu. Są bardziej otwarte na nowe doświadczenia, a ich szczęście może mieć wpływ na życie innych.
Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć to samo. Jestem w stanie dokonać w sobie wielu zmian, tylko jeśli są to zmiany dla bliskiej mi osoby. Będąc samemu nie czuję za bardzo potrzeby na to aby cokolwiek zmieniać.
Nie lubię zmian. Po ostatnich muszę zaczynać praktycznie wszystko od początku. Już wtedy postanowiłem, że coś będzie trzeba ze sobą zrobić.
Buddyzmem interesowałem się nieco wcześniej, jednak nie było to nic konkretnego. Na trójmiejski ośrodek medytacyjny natknąłem się przypadkiem, podczas spaceru. Jakiś czas się wahałem czy chcę spróbować czegoś takiego.
Wczoraj zdecydowałem się pójść na medytacje. Przyszedłem wcześniej, zostałem nieco wprowadzony do "tematu". Same medytacje były, raczej, krótkie, bo trwały jakieś 30 minut.
Ciężko powiedzieć abym dostał od razu oświecenia, aczkolwiek wyczuwam pewną małą różnicę.
Moje ogólne wrażenia są bardzo pozytywne. Zamierzam się wybrać na kolejne spotkania.