Mamy już wrzesień. Czuję coś w rodzaju luki pomiędzy wydarzeniami z początku roku, a dniem dzisiejszym. Doskonale pamiętam spędzonego sylwestra, oraz późniejsze przeboje emocjonalne związane z rozstaniem.
Pamiętam dzień kiedy pojawiłem się po raz pierwszy w ośrodku buddyjskim, oraz imprezę na którą po raz pierwszy (od długiego czasu) poszedłem sam.
Później to działo się niewiele aż tu nagle spotykam w wakacje wspaniałą kobietę i wszystko znowu przyspiesza. Wybieram się na przedziwne imprezy. Biję się przyjacielsko po mordzie z Nordami. Odbudowuję swoje zdrowie emocjonalne, aż tu nagle mamy wrzesień! Kiedy ten czas upłynął?
There's no ego. No bad energy.
Playing For Change Band Live Trailer
Wraz z poznawaniem nauk buddyjskich zainteresował mnie temat ego. Można się natknąć na wypowiedzi ludzi (niekoniecznie związanych z buddyzmem), którzy nawiązują do ego. Pomimo różnic w określeniu problemu podstawowy sens wydaje się być ten sam - ego jest przyczyną wszystkich problemów pojawiających się w relacjach ludzkich.
Pierwszą przyczyną gniewu jest ego, czyli silne przywiązanie do siebie. Tam gdzie jest "ja", jest także "moje", "moje rzeczy", "moja rodzina", cały świat jest ze mną związany. Nawet wróg jest "moim" wrogiem.
Gyaltrul Rinpocze - Jak pracować z gniewem
Tak sobie pomyślałem, że gdybym miał okazję mieć posadę boga to pewnie zrobiłbym dokładnie to samo co on. Wystarczy stworzyć jakąś planetę, posadzić na niej ludzi i stworzyć dla nich odpowiednik Farmville. Przednia zabawa na całe tysiąclecia.
Tu wojenka, jakieś nowe odkrycia, zaraz potem totalny regres, aby po chwili jakaś choroba wykosiła większość i ponownie zjednoczyła resztki. Ciągle coś by się działo, co więcej za każdym razem coś nowego i ciekawego.
Faktycznie, świat nas otaczający to ciągła zmiana. Wystarczy tylko to dojrzeć.
Tak się zastanawiałem nad tym o czym mógłbym napisać w moim testamencie. Załóżmy, że zemrze mi się w najbliższym czasie - co chciałbym w takim wypadku przekazać bliskim? Dobytku w zasadzie nie posiadam, także jedyną rzeczą jaką bym pozostawił to chyba słowo.
Dawno temu czytałem artykuł o urządzeniu, które nazwano chronowizor. Stworzył je ojciec Pellegrino Ernetti wraz z grupą naukowców. Chronowizor był telewizją przeszłości. Dzięki niemu można było oglądać zdarzenia z przeszłości. Zasada działania opierała się na tym, że ów urządzenie próbowało "wyłapać" cząstki energii, które wg. ojca Ernettiego nigdy nie przepadały.
Weźmy dźwięk: każda fala dźwięku to energia, pochodzi z określonego źródła [...], dzieli się na coraz mniejsze jednostki, jednak nie ulega zniszczeniu, tylko podlega tym samym procesom, które znamy z teorii względności. Materia rozkłada się nie tylko na atomy, ale i na mniejsze cząsteczki, i może zostać zrekonstruowana przy użyciu odpowiednich procedur. To możliwe, bo mamy do czynienia z energią. Do tego potrzebna jest odpowiednia aparatura, ale to już inna sprawa. Trzeba tylko zapamiętać zasadę: energia nie ginie, tylko się zmienia
ojciec Ernetti w wywiadzie dla gazety "La Domenica das Corriere"
Ojciec Ernetti jako dowód miał pokazać twarz Jezusa. Poza tym dokonał "rekonstrukcji" dzieła "Tiestes" napisanego przed rokiem 169 p. n. e. przez Kwintusa Enniusa Calabera. W obu przypadkach udowodniono, że przedstawione dowody są fałszerstwem.
Wątpię aby opisane urządzenie w ogóle działało. Nawet nie w tym rzecz. Zainteresowała mnie wówczas kwestia rozpadającej się energii. Czy faktycznie jest tak, że ona nigdy nie zanika a energia wytworzona w przeszłości istnieje do dzisiaj? Czasami odnoszę wrażenie, że owa energia faktycznie potrafi pozostać w pewnych miejscach. Nie raz wydawało mi się, że mijałem takie miejsca.
Przyszła wiadomość o katastrofie samolotu, w którym leciał prezydent Kaczyński. W sumie jakoś nikt się tym specjalnie nie przejął. Przyznam, że ja również.
Zaskoczyła mnie jedna, dość specyficzna reakcja na blogosferze (pominę nadęte próby wciskania żałoby) - radość spowodowana tym, że zginęły osoby.
Czy naprawdę potrafimy być aż tak nieludzcy wobec śmierci innych? A może tak naprawdę nie liczy się nic poza nami samymi? Fakt, to nie jest nasza tragedia (przynajmniej nie moja). Co jest zabawnego w tym, że znowu ktoś musiał zginąć (w ten czy inny sposób)?
Tak wiem, Ameryki to ja nie odkryłem..
Były święta, była też spowiedź. Osobiście to do tematu podszedłem po staremu, czyli poszedłem odklepałem co miałem i tyle. Jedna rzecz mnie zastanowiła. Na liście grzechów pojawiła się pozycja "kłamstwo".
Należę do ludzi, którzy po prostu nie parają się kłamstwem. Nawet gdy chodziło o "grę" polegającą na udziale w "życiu kościelnym" starałem się dotrzymywać wszelkich zasad określających warunki gry. Równie dobrze mogłem udawać, że wszystko załatwiłem jak należy, a tak wcale nie było.
Wspomniane kłamstwo dało mi do myślenia. Kiedy, gdzie i dlaczego? Po jaką cholerę w ogóle się tym przejmowałem? A jednak, malutka skaza pozostała. Zupełnie przy okazji przyszła mi inna myśl - czy zdarzają mi się tzw "codzienne kłamstwa"? Dużo osób zwyczajnie wysługuje się kłamstewkami aby załatwić swoje sprawy. Często to jest nawet całkiem wygodne, ale znów - ja tak nie robię..
Wraz z tą spowiedzią wyszło mocne postanowienie, aby nawet raz nie skłamać. Może to i debilne, ale ja naprawdę nie uznaję takich rozwiązań. Nie znoszę gdy ktoś mi wciska kit, sam nie lubię tego robić. Zawsze można zwyczajnie powiedzieć, że nie chcę na dany temat mówić. Poza tym nie mam oporów przyznać się do ew. ułomności.
Nie miałem okazji zetknąć się wcześniej z twórczością Coelho. Książkę pożyczyła mi znajoma, stwierdziła, że spodoba mi się, bo jest zgodna z moim poglądami.
Coelho w tej książce opisuje zwykłe dni ze swojego życia. Robi to w fenomenalny sposób. Wyciąga naprawdę zaskakujące wnioski, z którymi często się zgadzam. Znajduje się tam cały ogrom odniesień do Boga i wiary. Zaskakuje mnie to, że Coehlo jako osoba wierząca ma bardzo otwarty światopogląd. Jasno daje do zrozumienia, że w rzeczywistości każda religia oddaje cześć temu samemu bogowi, chociaż w zupełnie inny sposób.
Większość historii opisanych zakończonych jest naprawdę wartym zapamiętania wnioskiem. Często są to odniesienia do religii, chociaż myślę, że bez problemu można je przełożyć na realia osób innych wyznań (lub ich braku). Coehlo zwraca uwagę na to, że często nie mamy po prostu czasu aby zwyczajnie usiąść i nie robić dosłownie nic. Brakuje nam czasu na zgłębienie tego co się kłębi w nas samych. Ciągle poszukujemy sensu własnego życia. Ponieważ jest ono krótkie robimy to w biegu przez co nie zwracamy uwagi na detale, małe fragmenty życia, które niosą ze sobą ogromne szczęście.
W jakiś dziwny sposób irytowało mnie określenie "wojownik światła", chociaż tutaj nie chodzi o jakieś określenie ściśle powiązane z religią. Jak dla mnie pod tym pojęciem kryje się osoba, która próbuje odkryć swoje przeznaczenie na ziemi. Opisane są przeróżne problemy jakie mogą spotkać takiego wojownika. Przedstawione są również sposoby walki, tak aby móc sobie poradzić z codziennością.
Warto było poświęcić czas na przeczytanie tej książki. Płynące wnioski z życia autora można spokojnie wykorzystać we własnym. Często zaskakują, często wydają się być oczywiste. Często jest też tak, że ktoś musi napisać o rzeczach oczywistych, aby ktoś inny mógł zdać sobie sprawę z ich istnienia.
Z tego co zrozumiałem to recepta Buddyzmu na tego typu problem jest prosta: "do not feed the troll". Prawda, że łatwe? Problem w tym, że często jest tak, że nie można odpuścić takim trollom emocjonalnym.
Moje niewyspanie z samego rana odbijało się wyjątkowo złym humorem. Humorem, dołem nieważne. Samopoczucie równie fatalne. Zebrałem się w kupę, zjadłem jakieś śniadanie i wypad do pracy.
W międzyczasie dodzwoniłem się do ex-teścia. Mam z nim pewne interesy i chciałem po prostu pogadać co dalej (skoro teściowie w końcu dowiedzieli się o naszym rozstaniu). Spodziewałem się raczej zwykłej, konkretnej rozmowy. Zamiast tego usłyszałem zaraźliwy śmiech i zapewnienie, że pewnie jeszcze nie raz będziemy pili wódkę.
Taki zwykły śmiech poprawił mój humor. Nie ma nic lepszego niż żartowanie z tego co się działo i dzieje. Proste śmianie się z rzeczy sprawia, że przestają być takie ponure. Ot, zwykły optymizm, który trzeba w siebie wpoić, co więcej zarażać nim innych.
Zwykły śmiech po prostu rozpuszcza to co sztywne.
Wiele osób chciało mnie w jakiś sposób pocieszać. Czy to na łamach tego bloga, czy podczas zwykłej rozmowy. Zazwyczaj słowa otuchy były do siebie podobne. "To minie", "Czas leczy rany", "Wszystkie kobiety to kurwy są", "Będzie dobrze" itd.
Zabrakło mi słów w rodzaju: "ciesz się tym co było, wykorzystaj to w przyszłości". Myślę, że będę takie słowa kierować innym w podobnej sytuacji. Powód jest prosty. Świadome wykorzystanie doświadczeń z poprzedniego związku może wpłynąć na "jakość" kolejnego. Wiem z autopsji.
Wraz z pierwszymi, udanymi, próbami przebicia się promieni słonecznych przypomniał mi się wpis z dawnych lat. Czy teraz będzie podobnie? Na widok słońca duch się we mnie ożywił nieco. Zaraz potem wspomnienia dały o sobie znać i ponownie trafiłem na dołek emocjonalny.
Te dołki są już coraz rzadsze, może wraz z nowymi promieniami słońca opuszczą mnie w zupełności?
Zauważyłem, że praktyki medytacyjne sprawiają, że lepiej rozumiem to co się dzieje. Dzięki nim znajduję wewnętrzny spokój. Niestety opuszczenie choćby jednej z nich sprawia, że powolutku ta wewnętrzna harmonia ulega rozpadowi.
Nie bez powodu medytacje trzeba powtarzać. Im dłużej się je praktykuje to osiągnięte szczęście również trwa dłużej. W pewnym momencie po prostu przestanie zanikać.
Nie wiedzieć czemu ludzie chcą być nieśmiertelni. Jedni chcą się odmładzać, inni wierzą w technologię oraz modyfikację naszych genów. Wydaje mi się, że jest nawet lepszy sposób na osiągnięcie takiej "nieśmiertelności". W każdym bądź razie jest to sposób bardziej realny.
W dzisiejszych czasach jesteśmy tak naprawdę numerkiem. PESEL, seria dowodu osobistego, nr ubezpieczenia itd.. Imię i nazwisko ma zasięg raczej lokalny, ograniczony do osób które znamy. W szerszym zakresie jest bezużyteczny - nie jest unikalny jak zwykły identyfikator liczbowy.
A gdyby żyć w taki sposób aby więcej osób niż tylko znajomi zapamiętali nasze nazwisko? Egipcjanie bodajże wierzyli, że człowiek umiera dopiero wtedy kiedy zamiera pamięć o nim.
Może w tym sposób aby być "nieśmiertelnym"? Żyć w ten sposób aby wielu o tym pamiętało..
W dzień grania WOŚP wybraliśmy się do kina. Przy wejściu stali dwaj żebracy, których mijały setki ludzi z czerwonym serduchem. Szanowni dobroczyńcy nawet nie spojrzeli na dwóch żebrzących.
Trochę dołujący obrazek. Człowiek ma moralność selektywną. Jednym pomoże innych zupełnie oleje.
Ja również olałem tych dwoje. W zasadzie mam pewne wyrzuty co do tego, bo mogłem się po prostu spytać czy chcą coś zjeść. Są postępy w byciu miastowym..
Skoro mamy tematy około sesyjne stwierdziłem, że również słowem wspomnę o tym. Zawsze mnie to zastanawiało jakim to cudem wszystko zwala się w czasie sesji. Wiadomo, część z tego to zwykłe lenistwo studenta, który postanawia się uczyć dzień przed egzaminem. Czy jest coś jeszcze? Myślę, że przykład jaki idzie z góry. Prowadzący zajęcia również mają brzydki zwyczaj robienia wszystkiego jak najpóźniej. Tak więc poza samymi egzaminami jest masa zaliczeń, projektów i innych dziwnych rzeczy do zrobienia.
Mówi się, że przykład idzie z góry. Skoro tzw ciało pedagogiczne pokazuje nam, że wszystko najlepiej zrobić na sam koniec to czy my podświadomie robimy dokładnie tak samo?
Notuję małe spostrzeżenie z ostatnich dni. Gdybym był psem, to byłbym świadkiem prawdziwej natury swoich właścicieli - wcale nie kochających, dbających, a krzyczących, rozkazujących, pomiatających.
Fakt, psa trzeba jakoś odchować (czyt. wytresować), ale nie wydaje mi się, że to dobry pomysł cały czas kazać mu iść do swojego kąta, bo akurat wymusił pierwszeństwo na skrzyżowaniu korytarzy..
Jak wiadomo na pomorzu jest sytuacja kryzysowa. Wszystko to za sprawą sporej wichury, która narobiła niemałych szkód. Przyznam się bez bicia, że ta cała sytuacja niespacjalnie by mnie interesowała gdyby nie... mój samochód. Parkowanie pod chmurką sprawiło, że zastanawiałem się co jakiś czas czy przypadkiem jakie zbłąkane drzewo nie postanowiło sobie na nim odpocząć. Na szczęście jakoś się udało, póki co samochód jest cały.
Oczywiście były problemy z komunikacją, oczywiście część miasta zalało. Ponownie wróciła do mnie refleksja nad tym jak my, ludzie, jesteśmy bezradni wobec żywiołu. Możemy z całą naszą technologią świecić sobie w chmurki, niewidzialnymi promieniami przeszywać ziemię, a satelity rozbijać o te naturalne. Co z tego, że to wszystko co robimy wydaje się takie nietrwałe wobec żywiołu, który zaczyna grymasić? Mocniej zawieje, a okazuje się, że nagle nie możemy dojechać do pracy, bo przecież to ponad kilometr do przejścia! Nie będzie prądu to nagle zapowiada się klęski urodzaju i zagładę ludzkości..
Zmarnieliśmy, a nasz szacunek do sił natury zmalał. Wydaje się, że jesteśmy panami planety, a okazuje się, że mogłaby nas zdmuchnąć w każdej chwilii.
Rzucić wszystko i po prostu ruszyć w świat. To wydaje się być takie proste w wykonaniu. Dla mnie tak niestety nie jest. Wątpię abym potrafił pojechać dalej niż 200 kilometrów bez zastanowienia się za co, jak i co brać ze sobą.
Tłumy mnie przerażają. Jest to zwykła tłuszcza ludzi, którzy mają wszystko gdzieś. Interesuje ich tylko ich własne zdanie, ignorując to co inni myślą. Często zachowują się irracjonalnie idąc za krzykiem osoby wystarczająco haryzmatycznej. Tłum mnie przeraża. Ignoruje wszystko wokół siebie, a gdy się zaangażuje to jego krzyki są osobistym wyrażeniem myśli wypowiedzianej przez lidera..
Wpis z cyklu głęboko skrywanych myśli ujawnianych po odpowiedniej dawce alkoholu.
Trzeba przyznać, że nie czuję się ani starszy, ani młodszy. Tak jak zwykle wczorajszy dzień był tylko dniem. Czy to była okazja aby świętować? Myślę, że nie. Mimo to nie obyło się bez opicia mego zdrowia, ale to za sprawą znajomych, którzy nie pozwolili abym se odpuścił.
Dla mnie idea urodzin jest nazbyt dziwna. Jakoś nie przywykłem do robienia okolicznościowych imprez, nie lubię też aby ludzie nagle silili się z życzeniami i prezentami. To ostatnie jest często po prostu wymuszone. Zapraszamy kogoś na imprezkę urodzinową, no a skoro urodziny to nie może się obejść bez prezentu. Wolę ten dzień zachować dla siebie, spędzić go w spokoju. Nie zależy mi na tym aby był bardziej innych od pozostałych 364 dni w roku.
Razem z tymi urodzinami przyszły wspomnienia, jak to było dawniej, oraz to co dalej. Jakiś cel mam, powoli będę go definiować aby potem móc w pełni realizować. Póki co czuję się nieco skrępowany brakiem czasu, ale jeszcze trochę i to przestanie być problemem.