Powoli zaczyna wchodzić we mnie straszna kreatura. Jest nią mianowicie 'miastowy'. Po czym to poznaję? Przede wszystkim po ignorancji wobec wszystkich osób, które mijam. Patrzę beznamiętnie na tych wszystkich żebraków, na ich totalnie beznadziejny stan. Ignoruję większość osób, które swym wyglądem są tak powtarzalne.
Mam ich wszystkich po prostu gdzieś dopóki nie są ze mną w żaden sposób powiązane.. Cholera, jaka hipokryzja we mnie wstąpiła. Naprawdę zaczynam być jakiś taki miastowy.. Dawniej to jakoś bardziej mnie obchodziło. Nie byłem tak wybiórczy jeśli chodzi o zainteresowanie innymi osobami. Może to życie w mieście sprawia, że tacy się stajemy.
Inni zachowują się podobnie. Omijają beznamiętnie tych, którzy są w potrzebie. Nie interesują się tym, gdy jakiś facet obok szarpie swoją żonę i wyzywa ją na cały głos od kurew. Młode bachory gdy widzą wolne miejsce w autobusie/tramwaju pchają się do niego, żeby jak najszybciej zająć. Gdy widzą, że ktoś starszy stoi obok nich to zlewają tą osobę z tłem, tak jakby nie istniała.. Podobnych przykładów jest więcej. Ta panująca ignorancja w mieście jest po prostu straszna, nie chcę, żeby i mnie doszczętnie pochłonęła..
Bycie ateistą, lub udawanie, że nim się jest nie jest fajne. Bycie ateistą ma jedną poważną wadę. Jest nią jedne fundamentalny błąd. Nie chodzi tutaj o to, że Boga nie ma. Problem w tym, że coś musiało nas stworzyć. Nauka twierdzi, że stworzył nas Big Bang, ale już nie wie co było wcześniej. Nawet jeśli to odkryje to znowu pozostanie pytanie "jak to powstało?". Niestety dla ateistów, dochodzimy tutaj siłą rzeczy do istnienia jakiegoś bóstwa, które musiało to zapoczątkować. Z naszego punktu widzenia to mogliby być nawet kosmici i tak przypisalibyśmy im rangę bóstwa niezależnie od tego czy nimi są, czy nie.
Z drugiej jednak strony jest pytanie "jak się zrodził ten bóg?". Podejrzewam, że właśnie to może być punktem spornym całego założenia Deizmu. Niestety raczej nie uda nam się wytłumaczyć ani tego jak bóg powstał, ani tego jak powstała materia w kosmosie, która zapoczątkowała Wielki Wybuch.
Przypomina mi się moja notka o ankiecie czy wierzę w boga. Nie potrafiłem się zebrać na jednoznaczną odpowiedź. Niejednokrotnie tępiłem religijny fanatyzm, Kościół, itd. Nie oznaczało to jednak, że jestem ateistą. Deizm jest mi o tyle bliższy, że w jakiegoś tam boga (określmy go jako no name) wierzę, ale go nie wyznaję. Nie odczuwam jego obecności, ani też jej nie potrzebuję. Wychodzę jednak z założenia, że no name stworzył wszechświat, który później wyewoluował do obecnej postaci. Dlaczego ten bóg nas opuścił tego nie wiem, podobnie z resztą dlaczego nas stworzył. Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że takie spojrzenie na całość mnie zadowala, nie czuję jakiejś luki choć zdaję sobie sprawę, że ta teoria niekoniecznie jest super spójna.
Zacznę od toreb. Ostatnio w Gdańsku widzę coraz więcej osób z taką fajną torbą "eko". Zrobiona z materiałów przyjaznych środowisku itd. Fajnie, naprawdę fajnie. Cała inicjatywa mi się podoba i miło widzieć coraz więcej osób z tą torbą. Mimo tej fajności jest dla mnie jeden (jak to mówi szef) "myk". Ludzie kupują/biorą (nawet nie wiem czy za free, czy nie) te torby z jednego powodu. Ja bym go nazwał próbą zadowolenia własnego ego, że są niby ekologiczni i dbają o przyrodę. Owszem, dzięki temu dbają o przyrodę, ale pewnie cała reszta dotycząca jej ochrony ich serdecznie wali i tyle.
Odnoszę wrażenie, że podobnie jest z Tybetem. Osobiście ubolewam, że taka spuścizna duchowa może zostać zniszczona przez Chiny. Od dawna mówię, że jeśli płacze się z powodu cierpienia ludzi w kraju x to niech równocześnie płacze za wszystkich tych co cierpią w Afryce/Brazylii i całej reszcie świata. Teraz płaczemy nad Tybetem. Świat głosi wielkie hasła o tym, że trzeba zmienić dyktaturę w Chinach, zbojkotować olimpiadę. Problem w tym, że to tak naprawdę nic nie da. Nic nie da z prostego względu, my wiemy, że to jest złe i trzeba coś zrobić. Problem jest taki, że propaganda w Chinach działa na tyle sprawnie, że Chińczycy są przekonani, że Tybet chce należeć do tego kraju, a wszelkie zamieszki to sprawka Dalajlamy. My sobie możemy krzyczeć, możemy próbować zwrócić uwagę całego świata. To i tak niczego nie zmieni. To naród chiński musi zrozumieć, że trzeba podjąć działania i obalić dotychczasową władzę.
Możemy sobie podbudować nasze ego okrzykami o wolność Tybetu. Mnie osobiście zależy na tym, aby ten region pozostał wraz z całym swoim dobytkiem. Niestety nie przyłączę się do głośnych demonstracji. Nie zrobię tego choćby z tego względu, że musiałbym również iść walczyć o prawa człowieka w Afryce, musiałbym walczyć o uznanie mordu na Ormianach przez Turcję jako ludobójstwo (Turcja zaprzecza temu, żeby dopuściła się czegoś takiego). Ogółem musiałbym jednocześnie walczyć o każdego człowieka, któremu źle się dzieje. Inaczej okażę się hipokrytą, próbując ratować jednych, a o losie innych zapominać i go olewać...
Fajna sprawa. U wielu osób, które są w stanie "in love" (pewnie w większości u facetów) można zauważyć emocjonalne cofnięcie o 600lat. Osoby, nawet te poważne (ofc mówię o tych, które znam), potrafią odstawić takie szopki jak napis "Kocham Cię xxx" pod zdjęciem ukochanej w jej galerii w Naszej-Klasie. Jak nie tam to w komentarzach na jej blogu/etc.
So lame, chciałoby się rzec. Ja w moim poprzednim związku podobnie się zachowywałem. Czasami miewam nawroty choroby i moja ukochana jest zaskoczona spontanicznym i często wylewnym powtarzaniem tych dwóch słów, choć nie robię tego teraz w ten sposób. Już nie piszę bzdurnych i dziecinnych komentarzy, w takie rzeczy nawet pięciolatki się nie bawią. Chcesz swojej drugiej połówce powiedzieć, że ją kochasz? Zrób to podczas rozmowy (nawet przez szatańskie i pogańskie gg), ale nie płaszcz się i nie pisz takich rzeczy w komentarzach na jakiejś stronie. To jest po prostu płytkie...
Tyle mniej więcej kosztowałby mnie wyjazd do tego kraju. Dlaczego Tybet? Co może w nim być tak szczególnego, że właśnie tam chciałbym pojechać?
Myślę, że na dzień dzisiejszy powiedziałbym, że chcę tam jechać dla kilku powodów. Poza tymi tradycyjnymi (zwiedzanie, poznawanie kultury, etc), chciałbym znaleźć tam drogę, oraz sposób życia wg Buddhy. Możliwe, że to brzmi irracjonalnie, ale tak właśnie jest. Chciałbym tam jechać głównie po to, żeby móc zgłębić tą religię/system filozoficzny, oraz poznać jej szczegóły.
Gdzieś wyczytałem, że aby móc w pełni poznać wszelkie zasady Buddyzmu, należy mieć kogoś na wzór mentora. Określenie "przewodnik duchowy", jest właściwie lepsze. Taka osoba pozwoliłaby mi zgłębić wszelkie tajniki tej religii.
Cóż pozostaje mi poczekać, aż będę w stanie przeznaczyć podobne kwoty i zrobię to o czym myślę od dłuższego czasu - wyjadę tam na, co najmniej, miesiąc (choć pewnie i to będzie za mało)..
Już dawniej pisałem o tym jaki to umysł bywa przewrotny. Dzisiaj mogę chyba opisać kolejną podobną sytuację jak to nagle tok myślenia potrafi się zmienić.
Zawsze byłem przeciwny narkotykom, ba cały czas jestem. Nie będę teraz zastanawiał się nad tym jakie to one szkodliwe są, ani nad tym, że (ponoć) "kradną duszę".
Jak wiadomo zbliża się (albo już trwa - jak kto woli) sesja, a wraz z nią mój odwieczny problem z fizyką. Tak, przyznam się bez bicia, nie uczyłem się nic, a nic. Wolę mieć zaległą fizykę na drugim semestrze, a zdać matematykę, z którą mam problemy. Dzisiaj jednak przyszła inna myśl - zdobyć amfę i, zgodnie z zasadą ZZZ, przygotować się do fizyki.
Nie okłamujmy się, już nie jest tak jak dawniej. Teraz święta to w ogromnej mierze czysto marketingowa kampania prowadzona w celu pomnożenia ilości gotówki w portfelach producentów.
Teraz święta rozpoczynają się miesiąc w przód i z dnia na dzień jedynie ich promowanie staje się intensywniejsze. Gdziekolwiek się nie pójdzie widzi się Mikołaja, jakieś renifery i inne świąteczne gadżety. Prawie wszędzie słyszeć melodie świąteczne, których wykonanie często jest żałosne, ale puszcza się ten crap, bo o świętach mowa. Moje ostatnie zakupy w Empiku (tak kupowałem prezenty) przebiegały w melodiach bliżej nieznanych wykonawców, których gardła nadawały się jedynie do śpiewania przy butelce. Zamiast posłuchać sobie normalnej dobrej muzyki, jaka tam zawsze leci, bombardowano mnie tym pseudo świątecznym nastrojem, który miałby spotęgować we mnie chęć kupowania, bo w końcu święta mamy.
No cóż, tym razem nastrój mi się nie udzielił. Wszędzie tego za dużo. Mikołaje wpierdalają się w telewizor, radio i nawet nasze mózgi. Marketing kwitnie, a my mamy paść jego ofiarami. Gwałci się nasze umysły wbijając na chama, że trzeba kupić więcej i więcej.
Dawniej czegoś takiego nie było. Mhm inaczej. Było, ale nie była to taka nawałnica. Nie było takiej ilości wesołych Mikołajów z naklejką na czole "kup mnie!". Nie było tego szaleństwa tylko rodzinna atmosfera i dobra kolacja wigilijna. Teraz odnoszę jedynie wrażenie (albo wszędobylska reklama sprawiła, że tak myślę), że święta ograniczyły się do idei Mikołaja i dawania prezentów...
what a splendid pie
pizza pizza pie
every minute every second buy buy buy buy
what a splendid pie
pizza pizza pie
every minute every second buy buy buy buy
pepperoni and green peppers mushrums olives chives
pepperoni and green peppers mushrums olives chives
need therepy therepy advertising causes need therepy therepy advertising causes need
therepy therepy advertising causes therepy
Zwyczajem już byłem dzisiaj w Kościele na mszy. Było sobie kazanie, powiedzmy, dość nacjonalistyczne. Wikary zaczął mówić, że to Polska zawsze znana była ze swojej wiary, że to właśnie Polacy dzięki niej (wierze) tyle razy wygrywali, itd. Wspomniał też, że coraz więcej rzesz rodaków odstępuje od tej wiary.
Zaczęło mnie zastanawiać dlaczego tak jest. Aktualnie to Brazylia (i właściwie inne kraje tzw Trzeciego Świata) są najbardziej wierzącymi krajami. Te bardziej rozwinięte państwa mają coś na styl "deficytu" wiary. W postawionym pytaniu i tych nasuniętych myślach odpowiedź wydawała się prosta - potrzeba. Nie ma innego sposobu na lepsze życie, ludzie odnoszą się do Boga. Kiedy nie ma nadziei na poprawę wkracza Bóg. Tak sobie pomyślałem, że w czasie wojny Bóg dawał ludziom siłę do walki. Ciężko to nazwać siłą, bo właściwie nie składano próśb typu "Daj nam moc", tylko "pomóż nam".
Teraz nie ma wojny, mamy jakiś tam dobrobyt. U nas jeszcze jest kiepściutko z tym dobrobytem, ale na zachodzie tak nie jest. Ludzie mają to co jest potrzebne do życia, także właściwie nie potrzebują Boga. Hmm właściwie wysunąłem małą tezę (pewnie nie zauważalną), że jeśli człowiek się czegoś boi/potrzebuje to ucieka do Boga. Gdyby wiara zależała tylko od dobrobytu to pewnie w wielu krajach już by jej nie było. Także co jest kolejnym czynnikiem, że wiara cały czas jest?
Od pewnego czasu prowadzę wyjątkowo jałową konwersację nt. "wyższości" Linuksa od Windowsa (lub odwrotnie). Niestety jest ona przegrana i nie ma co tłumaczyć dlaczego. Po prostu gdy słyszę teksty typu "i chuj, że ma" nie chce mi się dalej rozmawiać. Mógłbym powiedzieć, że to jest taka sama pyskówka jak te na linii moher/prawicowiec-komuch/lewicowiec...
W tej notce nie przedstawię żadnych wiadomości technicznych ani cyferek. Chcę podejść do sprawy jedynie od strony ideologicznej.
Taak... Mamy rok 2012 i nagle cały misterny plan Stwórcy idzie w pizdu. Na jego szczęście coś pozostaje z ludzkiej rasy, jednak jest jej tylko garstka. Poza tym wszystkie zdobycze technologiczne człowieka również przestały istnieć. Załóżmy, że masz szanse przeżyć (albo na pewno przeżyjesz). Co z tą myślą zrobisz?
Takie pytanko (mniej lub więcej, a właściwie to mniej) zadał mi raz kuzyn. Pomijam już jego rozterki co do kalendarza juliańskiego (niestety nie chce mi się tego tłumaczyć) oraz staram się skupić tylko na tym problemie. Załóżmy, że faktycznie przyjdzie wykitować 90% ludzi i 100% naszego dorobku technologicznego powie nam "papa", co wtedy? Oczywiście można się jakoś przygotować. Mój kuzyn stwierdził, że poszedł by na studia, bo wykształcenie by się przydało (mając wykształcenie będzie mógł stworzyć model teoretycznego rozwoju nowej ludzkości). Ja mówię, że mam to w dupie i nadal będę robić to co robię.
Jeśli jest nam pisana śmierć w wyniku zagłady to tak będzie. Jeśli jest mi pisane to przeżyć to zapewne to co teraz robię również jest mi pisane. Może się i mylę, bo właściwie to jestem zdania, że sam kuję swój los...
A jak Ty byś odpowiedział(-a)? na takie pytanie? ;-)
Jadąc do Fasion House w Gdańsku jechaliśmy uliczką pełną zakładów kamieniarskich, lub wszelakich usług pogrzebowych. Patrząc tak na to wszystko zacząłem przez chwilkę myśleć o tym jak chciałbym "skończyć" po śmierci.
Mam na myśli mój pochówek, oraz to czy, oraz gdzie (jeśli w ogóle) spocznę. Moja myśl stanęła na kremacji. Jakoś nie chciałbym być pochowany w tradycyjny sposób. Myślę, że wolałbym, żeby moje prochy zostały po prostu (lub wręcz poetycko) rozrzucone na wietrze...
Oczywiście poza czymś tak błahym mam jeszcze dwie możliwości, które przeszły mi przez myśl (oczywiście cały czas zahaczając o temat kremacji):
po kremacji moje prochy przerobić na sztuczny diament i dać go komuś do szpanowania "bogactwem"
"rozdzielenie" moich prochów na kilka części i danie ich najbliższym znajomym/rodzinie. Mogliby pogadać ze mną po kilku głębszych ;-)
Hehehe gdy sobie pomyślę, o tym jakie debilne pomysły czasami miewam to aż się boję samego siebie. ;-)
PS. Przypomniało mi się, że (wzorem z filmu "How High") można na moich prochach posadzić zioło, a potem jarać z myślą o mnie xD
Razem z Izą miałem nikłą przyjemność obejrzenia filmu "Kod Leonarda Da Vinci". Dlaczego nikłą? Film nawet był ciekawy, książkę też znałem. Całą zabawę zepsuł nam brat Izy i jej matka. Jako katolicy, od razu musieli skandować hasła "to jest kłamstwo!", "tak postępują przeciwnicy Maryi"...
Uwielbiam takie zachowanie. Sam Dan Brown nie przyznał aby jego książka była na faktach, także można traktować to jako fikcję, ale ludzie i tak swoje. Pomimo tego, że to jest film to pewnie był stworzony przez masonów/cyklistów/żydów aby zniszczyć jedną słuszną wiarę...
Szkoda, że niektórzy nie potrafią nawet przejrzeć poza wiarę i przyjąć, że faktycznie mogło (ale nie musiało) być inaczej niż to Kościół wciska. Lepiej i wygodniej jest podążać za słowem księdza, który sam jest pionkiem osoby będącej wyżej niego, i wierzyć ślepo w to co się mówi...
Tylko kilka dni, a ginie tyle osób w Polsce. Oczywiście co to nas obchodzi, bo żałoby narodowe urządza się wtedy kiedy jednorazowo zginie ~27 osób. Rozumiem gdy w jakimś wypadku zginie 200 osób, wtedy to JEST tragedia i spokojnie można nazwać żałobą. Ale żeby nie uchodzić za totalnego debila należy zwrócić uwagę na to, że w obecnych czasach żałoba narodowa nie do końca jest robiona po to żeby opłakiwać tych co zginęli. To jest po prostu przedmiot gry polityków, oddziaływania na naszych uczuciach...
Chcecie, nazwijcie mnie pieniaczem. Ale gdybym chciał być kontrowersyjny pośród społeczności joggera to właśnie uznałbym, że trzeba przedłużyć tą żałobę itd... Nie oznacza to, że nie współczuję rodzinom ofiar wypadku, lecz ich nie opłakuję. Nie znałem tych osób także nie ma powodów. Mój wujek znał kilka osób, które tam zginęły i on ma pełne prawo do opłakiwania ich (z tego co wiem to ta tragedia nieźle wstrząsnęła nim).
Ludzka psychika bywa przewrotna, często totalnie porąbana. W zależności od podejścia tok myślenia potrafi się całkowicie zmienić. W tym momencie piję sam do siebie i przyznam, że naprawdę wstyd mi jest, że w ogóle coś takiego przeszło przez mój mały umysł. No, ale żeby nie było zamętu postaram się wytłumaczyć w czym rzecz.
Gdy niecały rok temu byłem z moją eks to usilnie zabiegałem o to, żeby moja droga zjadła choćby najmniejszy kęs mięsa. Była wegetarianką i za nic nie chciała tego zmienić. Wegetarianie potrzebują specjalnej diety, a ona sobie nie mogła na to pozwolić i to mnie martwiło. Czas mijał, aż w końcu doszło do tego, że zerwaliśmy ze sobą. Jedynie pozostał między nami kontakt i coś co jest zwane przyjaźnią. Czas nadal mijał, a między nami różnie się wiodło (wiadomo, mimo wszystko nie może być w takiej sytuacji zbyt łatwo).
Minęło jeszcze więcej czasu i moja eks znalazła nowy obiekt westchnień. Po pewnym czasie doszło nawet do tego, że mu się udało nakłonić ją do jedzenia mięsa. Wiecie jaka była moja reakcja? Po pierwsze gniew, że mu się udało, a mnie nie. Później przyszło coś w stylu, że ona się zmienia i na pewno na gorsze. Przecież nagle zaczęła jeść mięso!
Dopiero dzisiaj (hmm a może dopiero dzisiaj zebrałem się na spisanie tego) uświadomiłem sobie jak bardzo grzeszę moim wyjątkowo błędnym tokiem myślenia. Przede wszystkim on sprawił, że osoba na której mi kiedyś ogromnie zależało (i nadal w jakimś stopniu zależy) zaczęła jeść mięso. Ja natomiast w jakiejś pustej złości uznałem, że to jest złe.
Tym razem nie będzie o polityce. Nie będę krytykował kaczorów, Lepperów i Giertychów. Nie zjadę również koalicji LiS, bo przestało mnie to już interesować. Tym razem opowiem bardzo króciutko o pewnym zjawisku, które mi się przypomniało. Całość działa się dawno temu, a właściwie wtedy kiedy byłem jeszcze w gimnazjum...
Zawsze (tzn. wtedy, teraz sprawa nieco się zmieniła, ale pewnie Ci ludzie aż tak bardzo nie) uważałem część mojej klasy za totalnych debili. Może to i są ludzie będący w porzo, ale oni są w porządku tylko wtedy kiedy są z osobna. Wtedy też tak było. Jedynie kiedy byli w kupie to nagle ich ego rosło do ogromnych rozmiarów. Pewnie zasada trzymajmy się kupy, kupy nikt nie ruszy była im szczególnie znana. No więc, kilka typów (takie koksiki) zrobiły "rząd". Czyli lokalną mafię, która na każdej przerwie swoją obecność oznajmiała okrzykiem "rząd musi być!"...
Zawsze mnie zastanawiało dlaczego to im sprawiało taką radość... Byli w kupie i dopiero wtedy czuli się naprawdę silni. Każdy każdemu musiał jakoś dorównać to zawsze starali się aby to jakoś pokazać. Wkrótce potem olano ich, jednak okrzyk i "rząd" nadal pozostał. Im to zwisało, że wszyscy mieli to w dupie. Oni robili swoje. Dopiero gdy byli razem ich bary rozrastały się i nagle na korytarzach brakowało miejsca...
Doprawdy dziwi mnie to. Może to po prostu był taki wiek, że trzeba było każdemu się popisać, pokazać jakim to jest się menem itd... Teraz o rządzie nie ma słyszeć. Stara paczka "ministrów" pozostała, a teraz to im tylko chlanie, imprezy i takie tam w głowach. Nadal są w jakiś sposób w porządku, ale właściwie każdy z osobna. Gdy byli razem zapominali o uprzejmości, ba w ogóle o wszystkim zapominali i traktowali wszystkich jednakowo.
Dzisiaj był mały spontan. Jakoś się nam (tzn, mnie i mojemu bratankowi, który jest niewiele młodszy ode mnie) nudziło, to postanowiliśmy bujać się do Szymbarku odwiedzić chatę, której się "przewaliło". Wcześniej Koval coś o tym pisał, a teraz i ja mogę się podzielić wrażeniami :)
Przede wszystkim muszę zacząć od tego, że na miejscu nie zwiedza się tylko Domu. Bilet kosztował 6 zł od osoby dorosłej i w jego cenie mieliśmy wstęp na cały teren skansenu. Poza domem jest jeszcze chata Sybiraka (zwana Sybirakiem), bunkier TOW "Gryf Pomorski", najdłuższa deska świata, oraz dworek Kaszubski.
Najdłuższa kolejka była oczywiście przy "Domu na głowie" (tak się niby to nazywa), podejrzewam, że to z powodu ograniczenia liczby osób, które mogły znajdować się w środku. My staliśmy ok. 30 min., ale powiem, że naprawdę warto. Od razu jak weszliśmy nie mogliśmy utrzymać równowagi. Efekt był porażający :) Pamiętam, że nawet na kutrze rybackim na pełnym morzu nie bujało mną tak jak w tym domu . Po wyjściu na górę (a właściwie "zejściu niżej") naprawdę ciężko było ustać. Całkiem zabawny był widok ludzi, którzy wyglądali tak jakby byli poważnie zamroczeni alkoholem :)
Pomimo niezłego ubawu w tym skansenie jest coś co mi się nie spodobało...
Dzisiaj się dowiedziałem, że zmarła dziewczyna z naszego liceum... Nie znałem jej, jedynie kojarzę twarz. Dlaczego piszę? Jest to już druga osoba z mojego rocznika, którą znałem, a już nie żyje...
Wcześniej nieco inna historia była z pewnym chłopakiem.. Ledwo skończył gimnazjum, miał plany na przyszłość, a w wakacje się utopił...
To jest właśnie jedna z ta chwil, w której człowiek sobie uświadamia, że życie jest naprawdę kruche. Nigdy nie wiadomo kiedy padnie na nas. Ja mogę jedynie dziękować Bogu/losowi/szczęściu/innym nadprzyrodzonym bytowi za to, że mogę dzień więcej oddychać..
No to postaram się część z was oświecić:). Wokalista i tekściarz zespołu zarazem, jest nauczycielem języka polskiego... Więc nie dziwię się, że powstał ten utwór, bo tu chodzi jednak o "jakieś" przesłanie. Jakie? Chyba wiecie:) Pozdrawiam!
Tak, polonista skomponował piosenkę, której głównym przesłaniem jest... No właśnie co nim jest? Praktycznie non stop można usłyszeć ten sam zestaw słów, tylko różnie intonowane itd...
Czy jest sens? IMO absolutnie go brak. Jeśli faktycznie jest tak, jak wyjaśnił to RastaPunkPL to obawiam się, że coraz gorzej jest z ludźmi... Dlaczego? Bo to niczego nie pokazuje! Chce pokazać, że nie samymi przekleństwami żyje polak, to niech skomponuje coś bez ich użycia...
Prowokacja? Myślę, że tak - ostatnio tylko takie coś ma szansę się wybić..
Tak sobie pomyślałem, że gdybym był jednym z twórców Apple to miałbym chyba niekończący się orgazm. Nie ze względu na to, że tyle firma zarabia, a z tego powodu, że tak wiele osób chce chociaż upodobnić swoje zabawki do tych robionych przez Apple... ;-]
A ja powiem, że wakacje bez zajęcia do po prostu wielka nuda... Owszem można się obijać tydzień, dwa, ale po miesiącu nic nierobienia człowiek ma dość i chce się czymś zająć..
Masz wyłączone Java-Script, aby korzystać z pełnych (hehe dumnie brzmi) możliwości strony proszę włączyć obsługę JS
radmen's weblog - online
Praca
Miniblog
Co z Tybetem?
Tak się zastanawiam - co się stało z wszelkimi akcjami wsparcia dla Tybetu? Raptem na paru stronkach widzę jakieś obrazki "Free Tibet", a poza tym cisza. W mediach nic, na ulicy nic. Tak chciało się Wam ratować Tybet ? Przez miesiąc krzyczeć, a później zapomnieć ?
No i znowu to samo. Za każdym odpaleniem nowego FF3 dostaję komunikat, że nie może otworzyć strony. Powód? Włączony tryb offline, który zawsze się włącza po restarcie. Po raz kolejny przechodzę do cięższego FF2, który mi nie robi takich jaj. Tyle jeśli chodzi o testowanie kolejnej wersji nowego Liska.