Politechnika Gdańska wie jak zirytować. Osiem godzin wykładów w sali, która nie jest ogrzewana potrafi skutecznie człowieka wkurzyć. Samo siedzenie w kurtkach nie wystarcza, jeszcze trochę a będzie trzeba się ściskać jak sardynki aby było w miarę ciepło. Ogrzewanie? Gdzie tam, czasami odnoszę wrażenie, że na dworze jest cieplej.
A może jest tak, bo boją się, że z nadmiaru wiedzy nasze mózgi się przepalą?
A wszystko to w myśl zasady płać i dziękuj, że możesz nam zapłacić.
Ano tego, że często można zupełnie olać przedmiot, a i tak się go zaliczy. Weźmy taką matematykę dyskretną. Były kolokwia, było zaliczenie. Na żadne z nich się nie uczyłem. Tak szczerze mówiąc było to celowe - czas poświęciłem na naukę fizyki.
W zadaniach oddawałem odpowiedzi tylko na to co w ogóle kojarzyłem i pamiętałem z poprzednich lat. Mimo mojego przekonania, że nie zaliczę okazało się, że dostałem 3 :D
Pewnie trzeba też uwzględnić fakt, że obniżono próg do 40% :P
Skoro mamy tematy około sesyjne stwierdziłem, że również słowem wspomnę o tym. Zawsze mnie to zastanawiało jakim to cudem wszystko zwala się w czasie sesji. Wiadomo, część z tego to zwykłe lenistwo studenta, który postanawia się uczyć dzień przed egzaminem. Czy jest coś jeszcze? Myślę, że przykład jaki idzie z góry. Prowadzący zajęcia również mają brzydki zwyczaj robienia wszystkiego jak najpóźniej. Tak więc poza samymi egzaminami jest masa zaliczeń, projektów i innych dziwnych rzeczy do zrobienia.
Mówi się, że przykład idzie z góry. Skoro tzw ciało pedagogiczne pokazuje nam, że wszystko najlepiej zrobić na sam koniec to czy my podświadomie robimy dokładnie tak samo?

Głównie to ich lenistwo. Może jestem nieukiem, ale strasznie mnie wkurza to, że takiemu wykładowcy nie chce się nawet porządnie przygotować własnych materiałów. Później przyjdzie taki na wykład, wyświetli slajd ze swojego "materiału" i zacznie go czytać.
Jeśli ktoś czegoś nie zrozumie to on tylko uda zdziwienie i powie "no jak to pan nie rozumie? przecież jest napisane". Wydaje mi się, że jeśli na tym polega bycie wykładowcą to w sumie nadaję się na tą fuchę.
Podobnie jak rok temu (no, prawie :) spisuję na łamach tego tutaj wpisu moje podsumowanie roku 2009. Tym razem piszę nieco szybciej, bo po prostu chcę mieć to z głowy.
Czy w ogóle warto robić takie podsumowania? Myślę, że tak. Lepiej zapamiętuję fakty z przeszłości. Poza tym potrafię ogarnąć to co się wydarzyło, jakoś to przeanalizować i podsumować. Wnioski czasami są przydatne w odniesieniu do postanowień na przyszłość.
Zaliczyłem dzisiaj drugą kraksę, w sumie równie nietypowo co pierwszą. Całość miała miejsce na parkingu, a dramatyzm był tak ogromny, że aż jestem zaskoczony ze skali zniszczeń :)
Jechała przede mną duża Toyota Land Cruiser. Kierowca chciał wjechać na krawężnik i pojechać dalej. Ja powolutku podjechałem za nim czekając aż wjedzie. Sęk w tym, że nie wjechał. Kierowcę odbiło i cofnęło przez co wpakował mi się na samochód. Żeby było zabawniej odległość między nami była raczej niewielka, ale jego samochód też za szybko nie jechał. Niestety skutecznie udało mu się wbić w lewe nadkole i mam teraz pokaźne wgniecenie.
Na szczęście z facetem łatwo się dogadałem. Spisaliśmy protokół, sprawca wziął winę na siebie. Byłem już załatwić kasę z ubezpieczenia, teraz wystarczy auto odstawić do warsztatu. Na szczęście poza wgnieceniem wszystko jest sprawne. Układ kierowniczy bez problemów, jedynie wcześniej koło na dziurach waliło w wgniecenie (już się tym zająłem). W sumie teraz mój samochód jest w pełni ochrzcony :)
Ps. W sumie to powienienem się mocno wkurzyć. Jakoś tak się nie czuję. Chyba ze względu na to, że sprawca był całkiem w porządku, a cała sytuacja była raczej komiczna niż poważna :P
Już raz (o ile nie więcej) zdarzyło mi się narzekać na studia. Zwłaszcza zaoczne. To co frustruje mnie to fakt, że szanowne grono akademicke przewiduje konsultacje zazwyczaj w środku tygodnia, dodatkowo w godzinach popołudniowych.
Nie jestem może osobą, która nader często korzysta z takich dobrodziejstw, ale mimo to kiedy chcę skorzystać z czegoś takiego to nawet nie mam jak. Mając pracę nie mogę za każdym razem brać wolnego, żeby lecieć coś załatwić.
W tym momencie chciałem pochwalić platformę Moodle, którą PG posiada. Co ciekawe ze wszystkich moich wykładowców tylko jeden w ogóle z tego korzysta. Najlepsze jest to, że raz w tygodniu udziela konsultacji online via Moodle. Muszę przyznać, że dla osoby w mojej sytuacji jest to naprawdę niesamowite dobrodziejstwo. Mogę normalnie pracować, a później spokojnie wskoczyć na neta i wyjaśnić te rzeczy, których nie rozumiem. Szkoda, że większość wykładowców nie czyni podobnie.
W sumie troszkę mnie zastanawia ten fakt, bo mimo to PG wydaje się być uczelnią techniczną, a grono wykładowców sprawia wrażenie ludzi "zacofanych". Niby jest ten internet, ułatwienia w komunikacji, a oni klasycznie - karteczka, wizyta, konsultacje "nie online".
Czasami w życiu trzeba zadać sobie zajebiście ważne pytanie. Moje pytanie - za co ja płacę? Studia zaoczne wydawały się cudownym sposobem na pogodzenie pracy oraz zdobycia jakiegoś wykształcenia. Zamiast tego mam pracę i morderczy weekend, z którego wynoszę więcej bullshitu niż jakiś wartościowych rzeczy.
Ponieważ ja płacę (i to nie mało) to mam podejście do uczelni bardziej w sposób klient-sprzedawca. Jak łatwo się domyślić, to ja jestem tym klientem. A uczelnia jest tym sprzedawcą. Sprzedawca nie musiał się namęczyć, żeby mi wcisnąć swój towar. Co więcej wcisnął kit i posypał go lukrem.
Odnoszę wrażenie, że sytuacja wygląda w taki sposób, że ja płacę, a uczelnia udaje, że mnie uczy. Kilkugodzinne wykłady są zwyczajnie nudne. Często jest tak, że po godzinie zajęć nie wiem jak mam na imię i to wcale nie jest spowodowane moim ogólnym zmęczeniem. Zdaje się, że moje pieniądze opłacają osoby, które "poświęcają" się przychodząc w weekendy i po raz n-ty mówiąc dokładnie to samo co innym.
Może tylko ja odnoszę takie wrażenie, ale IMHO połowa z wykładowców w ogóle nie powinna prowadzić wykładów. Widać, że mają wyjebane na to, że połowa sali przestaje kontaktować. Oni po prostu nadal klepią swoje.
Dzisiaj miałem niebywałą okazję jazdy na łyżwach. Tak, to był mój pierwszy raz i nie, nie nauczyłem się najważniejszego - lekcji spadania. Jakoś nie wywaliłem się ani razu, chociaż ciężko powiedzieć, że jechałem z gracją.
Ze względu na mój stopień wtajemniczenia wybrałem miejsce oblegane głównie przez dzieci, ale dzięki temu udało mi się załapać jakieś podstawy. Jeszcze parę razy na specjalnym placu i będę śmigał ::)
Do samego wyjścia podchodziłem sceptycznie. Całość brałem bardziej na ambicję, a skoro jeździć nie umiałem to byłem przekonany, że dam dupy. Na szczęście, dzięki mojej Kobiecie poszedłem i nie żałuję. Bawiłem się przednio i mam ochotę na więcej :) Być może już nie w tym sezonie, ale w następnym na pewno się wybiorę.
Zaczynając od tego dumnie brzmiącego tytułu chciałem jedynie sprostować jedną rzecz - samochód, owszem chcę kupić. Chcę kupić w tym roku. Nie teraz, najwcześniej za jakiś miesiąc, pewnie jeszcze później. Budżet? Ok. 15k PLN.
Przeglądam sobie różne oferty, moje typy:
- VW - Passat
- VW - Polo
- Toyota - Corolla
- Renault - Megane
Pytanie teraz, który z tych modeli byłby najlepszy? Chciałbym, żeby samochód miał maks 10 lat. Ekonomiczny - wiadomo, ale nie od razu 4l/100km. Chcę żeby pożerał paliwo w granicach rozsądku, tak abym nie musiał jeździć nim raz na rok. Chcę żeby taki wózek był mało awaryjny i sprawdzony.
Jaką mam do Was prośbę? Proszę o radę, podpartą własnymi doświadczeniami. Co dla Was miało znaczenie podczas kupna samochodu, który z w/w wydaje się być dobrym wyborem? Czym powinienem się sugerować?
Z góry dzięki za pomoc, jeśli już kupię ten wózek to wrzucę jakieś foty :D

Z dniem dzisiejszym pożegnałem Blipa. Dlaczego? Znudziłem się tym. Stwierdziłem, że guzik mnie obchodzi to co robią moi wirtualni znajomi. Nie znam ich osobiście, a jeśli nawet to jedynie z rozmów via Blip/JID. Nie mam nic do Was, ale nie interesuje mnie jak sobie porabiacie w Waszym, osobistym przecież, życiu. Szczerze mówiąc to nie wiem czy miałbym ochotę dowiadywać się w ten sposób co robią moi dobrzy znajomi.
Jak dla mnie micro-blogging w tej formie jest jakimś przejawem skrzywienia. Mam (czasami nawet setki) znajomych i czytam z wypiekami to co właśnie teraz robią. "Mam piwo", "mam zły humor", "właśnie się posikałem bo zobaczyłem kudłacza". Jak dla mnie nie o to w tym chodzi. Nie mam nic przeciwko nowym znajomościom. Jednakże, jak wspomniałem, nie interesują mnie codzienne poczynania tychże osób.
Mając blipa miałem okresy, że pisałem regularnie co robię. Ba, ostatnio nawet to z komórki słałem kolejne opisy, nie wiem tylko po co to było. "Jadę właśnie autobusem, straszny tłok". Powiedzcie sami, po co to komu? Czy naprawdę takie rzeczy interesowały wszystkie osoby, które mnie śledziły. Przez ten czas odniosłem wrażenie, że jeden JOUKI czytał czasami te bzdury i w jakiś sposób reagował.
Poza tym takie śledzenie potrafi wciągać. Do tego stopnia, że co chwilę zerkałem na okno rozmowy patrząc na jakieś nowe wpisy. Na szczęście jednego dnia wyłączyłem blipa. Ten okres trwał jakieś kilka tygodni, a potem znowu wracałem. Nieszczęsny cykl powtarzał się kilka razy, tym razem zdecydowałem się zakończyć to definitywnie.
Dzisiaj wracając do mieszkania, zaraz pod drzwiami miałem okazję (dopiero po 2 miesiącach) poznać sąsiadkę. Okazało się, że jest to strasznie energiczna starsza pani. Rozmowa (wprawdzie na korytarzu) była bardzo przyjemna.
Pani sąsiadka jest swoistą złotą rączką, która przy okazji uczestnictwa w kole turystycznym zwiedziła większość kraju. Podczas tej krótkiej rozmowy dowiedziałem się całkiem sporo, w tym, że ma poważne problemy ze wzrokiem (combo jaskry i zaćmy). Pomimo swojej choroby (praktycznie już nie widzi) cały czas jest pozytywnie nakręcona, a jedyną rzeczą która jej w tym przeszkadza jest to, że nie może za bardzo czytać.
Ta kobieta zdaje się być jedną z osób pokolenia powojennego, którego mało jakie rzeczy skutecznie unieruchomią. Podobna była moja babcia, nawet po zabiegu kiedy ledwo się trzymała nie mogła leżeć w łóżku i chciała koniecznie coś robić. Teraz takie coś wydaje się być rzadkością..
Pomyślałem sobie, że warto z takimi osobami mieć kontakt, móc porozmawiać. Można z takich rozmów wyciągnąć sporo, naprawdę ciekawych informacji.
Jak już wspomniałem mam to za sobą. Poza tym co napisałem chcę zapisać szereg nie uporządkowanych myśli jakie nasuwały mi się podczas tej całej zabawy.
- trzeba działać szybko, dzwonić do ludzi i umawiać się na oglądanie mieszkania na wczoraj
- trzeba się liczyć, że ci co wynajmują to mogą być tępe chuje - oglądaliśmy mieszkanie, daliśmy do zrozumienia, że bierzemy i za dwa dni podpiszemy (niestety dzień później nie mogliśmy). Co się dowiedzieliśmy, koleś podpisał umowę następnego dnia z kimś innym
- jeśli kiedykolwiek zostawię ogłoszenie, że wynajmę mieszkanie to na ten cel kupię specjalnie osobny numer komórkowy
- czasami naprawdę lepiej jest szukać ogłoszeń ze zwykłej gazety, a nie internetu
- do sprawy trzeba naprawdę podejść ze spory dystansem. Nie uda się dzisiaj, uda się jutro
Ot. Tyle.
Stało się. Po miesięcznym, dość dramatycznym na finiszu, poszukiwaniu mieszkania znaleźliśmy właściwe i spisaliśmy wiążącą umowę. Było ciężko. Samemu znaleźć pokój jest ciężko, bo najczęściej to studentek szukają. Później skład się powiększył o kolejną osobę, która niestety po jakimś czasie się wykruszyła. Do naszej dwójki doszła kolejna dwójka znajomych i tak naprawdę razem z nimi (czyli we troje) będziemy wynajmować mieszkanie niedaleko centrum Sopotu.
Ogromnym błędem było, że postanowiłem szukać tego mieszkania tak późno. Okazuje się, że jeśli samemu się szuka to jest zdecydowanie gorzej niż z kimś. Niestety straciłem sporo czasu na oczekiwaniu na odpowiedź pewnego jegomościa (znajomego znajomego), z którym miałbym wziąć mieszkanie. Niby od początku wszystko było ok, aż nagle stwierdził, że weźmie kogoś innego do mieszkania i cześć pieśni.
W ten oto sposób dobiega mój 4-miesięczny pobyt w mieszkaniu znajomego rodziców w Oliwie. Jak już pisałem na dłuższą metę strasznie zaczęła mi wadzić dziwna przypadłość właściciela, jednakże to nie było takie straszne. Największym problemem byli sąsiedzi.
Przez ostatnie 2 miesiące to po prostu przeżywałem dramat. Co chwila na górze słyszeć jak ktoś łazi w butach słonia. Do tego dresiarska muza na maksa. Co ciekawe to nie było aż takie złe.
Nie wiem jak inaczej mogę nazwać właściciela mieszkania, u którego wynajmuję jeszcze pokój. Facet, ogólnie jest w porządku, ale ma swoje dziwności. Jedną z nich jest to, że potrafi zostawiać rzeczy, które już dawno powinny być w śmietniku, lub nawet zutylizowane.
Im bardziej szukam jakiś potrzebnych rzeczy, tym bardziej się dziwię. Do tej pory udało mi się znaleźć:
- Ketchup McDonald - termin ważności - 2003 rok
- Ketchup jakiejś znanej marki - termin ważności - 2005 rok
- Mleczko do czyszczenia - termin ważności - 2005 rok
- Proszek AJAX - termin ważności - 2005 rok
- Gaz pieprzowy - termin ważności - 2002 rok
- Jakieś coś do mebli, które już dawno jest twarde w środku
Do tego można dodać praktycznie całą zawartość szafki w łazience, gdzie są pianki do golenia, które po prostu się skruszyły (a właściwie to co było na nich). Ciekawym znaleziskiem jest pudełko z kremem Nivea, które w środku wygląda poniekąd tak jakby gniło (całe szczęście, że jest praktycznie puste).
Przykładów jest cała masa. Naprawdę aż dziw łapie człowieka jak można tak niepotrzebne rzeczy przez taki czas trzymać. Rozumiem, że gdyby ich terminy ważności były aktualne.. Całe szczęście, że dosłownie na dniach wyprowadzam się. Już nie mogę na to patrzeć.
Dzisiaj dopełniłem ostatnich formalności. W dzień moich dwudziestych urodzin, zamiast świętować wybiorę się na zajęcia. Jeśli tym razem coś nie wypali to raczej nie będę wracał na Politechnikę Gdańską.
Niestety temat, o którym nie chcę mówić powrócił. Mowa o moich nieszczęsnych studiach, o których to nie chcę rozmawiać z własną rodziną. Niestety po raz kolejny czuję się porównywany do własnego rodzeństwa i stawiany do wyścigu szczurów, w którym nie chcę uczestniczyć. Od początku wiedziałem, że wrócę na studia (po tym jak zrezygnowałem), ale nie byłem do końca pewien gdzie. Oczywiście opcją była moja znienawidzona PG, ale tym razem w trybie zaocznym (nie chcę rezygnować z dotychczasowej pracy). Ok, plan był, możliwości finansowe jako tako też. Znałem przedział cenowy za semestr, okazało się, że źle go znałem. O cenach mówił mi znajomy, który aktualnie siedzi na którymś roku zaocznych studiów na PG. Okazało się, że do jego kwoty muszę dodać ~400zł, także już za dużo jak dla mnie.
Mogłem pokazać panom z PG środkowy palec, ale tego nie zrobię. Okazuje się, że moja rodzinka, tak chce mnie wspomóc, że jedyną opcją jest politechnika, bo inne uczelnie nie. Plus taki, że finansowo mnie wspomogą. Minus taki, że znowu jestem pod kloszem, a moje zdanie specjalnie się nie liczy. Chyba mam być spełnieniem oczekiwań rodziców, oraz godnym naśladowcą własnego rodzeństwa. Niestety problem jest taki, że nikt z nich nie chce zrozumieć, że moja chęć do kontynuowania nauki skończyła się wraz z rezygnacją ze studiów. Może to przez lenistwo, ale i tak jestem zdania, że to co się na nich nauczę nie przyda w tym co będę chciał robić.
Jest jeden problem - papier, który ponoć zapewni mi dobrobyt, szczęście i masę innych bajeranckich rzeczy (w tym stadko pięknych kobiet). Jakoś nie jestem przekonany do jego znaczenia. Tym bardziej, że uczelnie do zawodu słabo przygotowują (ostatnio masa artykułów w lokalnym Metrze na ten temat).
Jeżeli mierzyć urlop ilością hektolitrów wypitego pepsi, kilku litrów wypitego piwa, budzenia się o 10-tej oraz ogólnego nieróbstwa to muszę przyznać, że 7 dni mojego urlopu były naprawdę udane :)

Dzięki ci ZUMI za uświadomienie mnie jak to jest blisko ! :)
PS. Szkoda, że po powiększeniu mapki napis miejscowości stał się taki malutki..
Do 10 lipca muszę zdecydować się na jakiś fundusz emerytalny. Wprawdzie wybór tego funduszu ma dla mnie małe znaczenie, ale sam fakt i owszem już coś znaczy. Mam ciągle te 19 lat, a już muszę wybierać coś takiego jak "fundusz emerytalny".
Nie wiem, może to przez drugi człon tej nazwy. Czuję się nagle strasznie stary, a przecież dopiero teraz wszystko się tak naprawdę zaczyna. Kariera zawodowa praktycznie już rozpoczęta, życie osobiste jak najbardziej się układa, a jednak nachodzi mnie myśl, że już jestem tak tragicznie stary. Już teraz mogę mówić o pewnych osobach "pamiętam jak był(a) gówniarzem, a teraz prowadzi samochód"... Muszę przyznać, że to jest strasznie dziwne uczucie.
Stare paczki nagle się rozpadły. Ze sporej paczki gówniarzy z "osiedla" zostało nas tak naprawdę troje. Reszta gdzieś goni, nie ma czasu. My wprawdzie też nie mamy na wszystko czas, ale jeszcze trzymamy się razem. Podobnie jest ze znajomościami wyniesionymi z liceum. Przez ten okres większość znajomości kwitła, a teraz nagle zero odzewu. W ogóle nie wiadomo co u dawnych znajomych się dzieje.
Mógłbym napomknąć teraz, że tak naprawdę serwisu typu NK niczego nie polepszają, bo i tak nie dowiem się niczego z tego co by mnie interesowało. Owszem ten serwis jest jakąś formą kontaktu, ale dopóki nie jesteśmy w stanie spotkać się osobiście jest bezwartościowy..
Dobra, ponarzekałem, kończę. Przy okazji chciałem powiedzieć, że mój wybór odnośnie wspomnianego funduszu padnie prawdopodobnie na ING.