Zdobyłem konto trial w opisywanym przeze mnie Ipredatorze. Konto oddaję, ponieważ za żadną cholerę nie mogę się połączyć z tym VPNem. Ustaliłem jedynie tyle, że jest problem z wykorzystaniem modułu MPPE (który o dziwo u mnie jest). Nie znalazłem dobrej odpowiedzi na mój problem i nie chce mi się dalej szukać, także ten trial się marnuje. Jeśli ktoś byłby zainteresowany to niech da znać. Trial jest ważny do 2010-01-28.

Głównie to ich lenistwo. Może jestem nieukiem, ale strasznie mnie wkurza to, że takiemu wykładowcy nie chce się nawet porządnie przygotować własnych materiałów. Później przyjdzie taki na wykład, wyświetli slajd ze swojego "materiału" i zacznie go czytać.
Jeśli ktoś czegoś nie zrozumie to on tylko uda zdziwienie i powie "no jak to pan nie rozumie? przecież jest napisane". Wydaje mi się, że jeśli na tym polega bycie wykładowcą to w sumie nadaję się na tą fuchę.
Zawsze wydawało mi się, że pojęcie usability jest tworem czysto wirtualnym - wykorzystywanym jedynie na potrzeby projektowania aplikacji. Ostatnio doszedłem do wniosku, że przydałoby się aby część firm (np takich co projektują kasowniki, meble, etc) podszkoliła się w tej dziedzinie.
Z pewnym rozbawieniem przyglądam się jak w Gdynie ludzie mają problem z obsługą parkometru. Okazuje się, że obrotowa gałka sprawia tyle kłopotów, że ludzie po prostu nie płacą. I jaki tutaj zysk ma miasto?
Podobnie wkurzam się teraz na biurko, przy którym mam nieprzyjemność siedzieć. Jego konstrukcja skutecznie blokuje moje nogi, przez co nie mogę ani przysunąć się do monitora, ani "wyłożyć się".
Gdyby ktoś odrobinę się zastanowił to user experience byłoby lepsze, a zadowolenie (oraz korzyści) z produktu większe. W sumie to smutne. Produkt, choć masowy, mógłby być skonstruowany bardziej pod użytkownika, a nie producenta. Fakt, czasami to sprawia trudności, ale zyski mogą być spore. W końcu czyż nie ma lepszej reklamy niż zadowolony klient?
Uwielbiamy garściami zaciągać słowa z zachodu. To wygląda tak jakby nasz język był na tyle prymitywny, że nie ma odpowiednich określeń, lub jest na tyle not cool, że lepiej wtrącać cudze wyrażenia.
Ostatnie słowo hit, do bólu używane - celebryta. Jak na moje brzmi zupełnie po chuju, a na dodatek nie wnosi zupełnie nic nowego do naszego słownictwa. Jeszcze trochę i zaczerpniemy do języka takie słowa jak ałsome, grejt, terifik.
Cholera! Wiem, że język się rozwija, ale dlaczego musimy ciągle robić kopie wszystkiego co zachodnie? Nie stać nas na narodową pomysłowość? A może łatwiej jest przepchnąć do użytku słowa przyjęte w innych krajach?
Dzień 24 grudnia rozpocząłem od stwierdzenia, że kaca mam. Co gorsza musiałem zebrać się i w przeciągu kilku godzin dojechać do domu, aby pomóc w przygotowaniach do Wigilii. Intensywna wiara w rychłe wytrzeźwienie przyniosła rezultaty i tak po jakiś trzech godzinach czułem się wyjątkowo dobrze. Podejrzewam, że kac był rezultatem mieszania trunków, a nie całonocnego picia. Owe mieszanie trwało zaledwie do godziny 22, także stawiam na to, że mój żołądek nie wywiązał się ze swoich obowiązków.
Reszta dnia była zupełnie nijaka. Pół dnia zawoziłem jakieś rzeczy, później zabrałem się za mycie samochodu, aż tu nagle wybiła godzina kolacji. Tym razem kolacja wyjątkowo skromna, choć takie lubię najbardziej.
Dzień 25 grudnia z powodzeniem można wyłączyć ze świątecznej tradycji. Tego dnia zostałem ojcem chrzestnym mojego siostrzeńca, natomiast reszta dnia to była "uczta" z okazji tego chrztu.
Muszę przyznać, że sam chrzest był dość zabawny. Część kościelna wydawała mi się bardzo chaotyczna, nie mówiąc o tym, że w zasadzie nikt nie wiedział co ma robić :) Mimo poważnej roli nie czułem się specjalnie zestresowany, co w sumie i dobrze. Po co się niepotrzebnie denerwować.
Po przeczytaniu kolejnego artykułu z cyklu "inwigilacja totalna" zastanawiam się jak bardzo w przyszłości skurczy się lista naszych swobód. Niby nadal demokracja, a coraz bliżej władzy do działań rodem z PRL.
No i zastanawia mnie jeszcze jedno. Dlaczego ludzie nie reagują na to co się dzieje? Coraz śmielsze są pomysły zabierania kolejnych skrawków wolności, a jakoś nie widać żadnych publicznych demonstracji przeciwko temu.
Wychodzi na to, że wystarczy wybić nieco z rytmu mą dzienna rutynę i nagle z nikąd pojawia się sto zupełnie niespodziewanych rzeczy. Przykładowo dzisiaj (pomijając boje w pracy) postanowiłem zupełnie przypadkowo obskoczyć oferty wynajmu mieszkania. Wybierając się do Gdyni walczyłem z parującymi szybami, zabawiłem się w pirata drogowego, zawisłem na krawężniku, musiałem prosić jakiegoś kierowcę aby przesunął samochód (bo blokował wyjazd), o mało nie zrobiłem konserwy z innego samochodu, a na koniec radio odmówiło trzymania się swojego miejsca (znaczy panel odpadł i nie chce zostać tam gdzie powinien).
Jak wspomniałem za dużo tego na jeden dzień jak dla mnie.
W biurze nastąpiła mała rotacja sprzętu. Wraz z nowym komputerem mam okazję testować Windowsa 7 (o tym może później napiszę). Pomyślałem, że dam również szansę najnowszemu Zend Studio. Niestety połączenie tego IDE z Eclipsem wyszło tylko na gorsze.
Pierwsza rzecz, która sprawiła że straciłem ponad 2 godziny to konfiguracja. Okazuje się, że głupia zmiana kodowania znaków oraz wielkości tabulacji wymagała ode mnie zmian w kilkunastu pozycjach. Oczywiście Eclipse ma osobne konfiguracje dla każdego z edytorów. Wiąże się to również ze skrótami klawiaturowymi, także aby wszędzie mieć te same skróty musiałem się chwilę zastanawiać którą opcję wybrać z menu kontekstowego.
Koniec końców okazało się, że moje wysiłki i tak były daremne. Okazuje się, że nie sposób skonfigurować pewnych rzeczy dla poszczególnych edytorów (każdy typ plików źródłowych ma swój "edytor"). Tak więc edytor PHP nie ma skrótu (Shift+Tab - cofnięcie tabulacji), choć edytor zwykłych plików tekstowych ma taką opcję. Poza tym okazało się, że dla CSSów tabulacje były większe niż w innych edytorach - znowu musiałem szukać w konfiguracji dlaczego tak się stało. Oczywiście aby było zabawniej polskich znaków nijak nie szło używać.
Najzabawniejsze jednak było stworzenie projektu. Po dodaniu odpowiedniej ścieżki do niego nie działało podpowiadanie kodu. Normalnie (czyt w wersji 5.x) wystarczyło wpisać nazwę klasy, a podpowiedzi same się pojawiały. W nowym Zendzie już tak wesoło nie jest. Tutaj poza dodaniem ścieżek do projektu trzeba zdefiniować dodatkowo zewnętrzne źródła, które wskazują na te same pliki tego projektu..
Okazuje się, że taki toporny Zend Studio w wersji 5.x jest o wiele bardziej dopracowany niż najnowsze dziecko firmy Zend. Pierdyliard opcji jakie przynosi ze sobą Eclipse po prostu komplikuje całą sprawę. Aby w pełni postawić to środowisko do normalnego funkcjonowania trzeba pewnie poświęcić cały dzień i przekopać tysiące, powtarzalnych pozycji w konfiguracji. Naprawdę nie warte zachodu i pieniędzy. Zwłaszcza, że ten sam efekt uzyskamy instalując starego poczciwego Zend Studio..
- Dzień dobry, czy to pan Piotr Szkopek?
- Nie, to pomyłka jest
- Nie kłam! Znowu pan próbuje się wykiwać! Niech pan odda nasze pieniądze!
Mniej więcej tak zaczęła się rozmowa. Dzwoniła kobieta, sądząc po głosie raczej starszego wieku. Krzyczała na mnie abym oddał pieniądze, które ukradłem. Za bardzo nie wiedząc co się dzieje wdałem się w dyskusję. Wytłumaczyłem kobiecie, że zupełnie nie wiem o czym ona do mnie mówi. Pani pokrótce wytłumaczyła, że podpisywała jakąś umowę ze wspomnianym panem. Ten zostawił nawet jakąś pieczątkę, a na niej były dwa numery, w tym jeden należący do mnie. Gdy to usłyszałem to zdziwiłem się chyba bardziej niż ta kobieta, kiedy oznajmiłem jej, że ktoś mnie urabia.
Wychodzi na to, iż wspomniany Piotr Szkopek ma firmę ogólno-remontową. Ogólniej mówiąc to ten pan jest zwykłym oszustem. Założę się nawet, że to imię i nazwisko jest również zmyślone. Poszukałem przez 5 minut w sieci jakiś informacji. Okazuje się, że jego "firma" istnieje. O dziwo numery telefonów są różne na każdej ze stron. Podaje tam również maila, który wykorzystuje ktoś inny (może osoba, która podszywa się pod Piotra?). W każdym bądź razie mój numer telefonu jest na jego pieczątce. Mogę się spodziewać kolejnych, podobnych, telefonów.
Pewną część wypadków drogowych powodują piesi. Niestety są pewne cwaniaczki, które mają pewne rzeczy głęboko w poważaniu. Skoro oni są pępkiem świata mogą sobie wchodzić na drogę gdzie chcą i kiedy chcą. Już nie raz spotykałem osoby, które próbowały przechodzić przez trzypasmówkę, lub na czerwonym świetle (kiedy samochody już jeździły).
Tutaj wychodzi moja myśl na przepis - nie karać kierowców, którzy rozjechali osoby "wbijające" się na jezdnię. Najwyraźniej nie mają szacunku do własnego życia, a co biedny kierowca może zrobić, kiedy nagle będzie musiał próbować wymijać takiego przechodnia? W najlepszym razie uda mu się. W najgorszym walnie w coś innego i tak będą ofiary. Dlatego też uważam, że takimi przechodniami nie powinno się przejmować. Skoro są na drodze, tam gdzie nie powinni to ewentualna kolizja z samochodem nie powinna mieć konsekwencji prawnych w stosunku do kierowcy. O.
Jestem świadkiem dość zabawnej i raczej smutnej rzeczy. Każdego dnia z peronu SKM wsiadam sobie do kolejki. Aktualnie panuje tam remont tegoż peronu. Ostatnio zaskakuje mnie sposób w jaki ten remont jest przeprowadzany.
Robota panów robotników jest co najmniej syzyfowa. Najpierw wylewają beton na peronie, wyrównują go i kładą narożniki (stopnie?). Później ten sam beton rozkuwają, bo potrzebują coś tam jeszcze zrobić. Podobnie ze schodami. Wylali beton, zdjęli szalunki, a tam strasznie krzywo. Ten beton w paru miejscach po prostu odpada, w kilku miejscach widać, że jest wyraźnie krzywo.
Rozumiem, że to nie są jakieś wielkie uchybienia, ale dlaczego panowie robotnicy robią rzeczy w sposób, który będą musieli poprawiać? Nie można było ich bardziej przypilnować przy wylewkach aby całość była solidniejsza? Widząc takie rzeczy czasami przestaję się dziwić, że pewne rzeczy wyglądają w tym kraju tak jak wyglądają..
Tak, jestem budowlanym noobem i mogę się na tym w ogóle nie znać.
Budzę się rano, a tutaj już słodkie napierdzielanie. Sąsiad robi remont. Przychodzę dzisiaj do biura i dokładnie ta sama sytuacja. Zniosę dźwięk wiertarki w moim mieszkaniu. Nie mogę niestety zdzierżyć walenia młotkami w ścianę. Jakby to była pasją robotników-wirtuozów. Oczywiście przestrzegają reguł i pracują jedynie w czasie dozwolonym do tego typu zabaw.
To jest jeden z kolejnych powodów dlaczego nie znoszę bloków/kamienic. Naprawdę potrafi być mocno wkurzające. Zwłaszcza, że ma się dzień słabych nerwów/cierpliwości.
Czy rutyną jest to, że od poniedziałku do piątku budzę się o 7.20, a w weekendy to już budzik przestaje być potrzebny bo i tak się o tej godzinie obudzę? A może rutyną jest to, że każdego dnia idąc do pracy mijam te same osoby, w tych samych miejscach? A może rutyna to jest fakt, że zauważam pewne stałe regularności na mej drodze do pracy?
Nie wiem czemu, ale ostatnio czuję coś przypominającego rutynę. Nie zawodową, a taką całodniową. A może po prostu marudzę?
Wiecie co mnie najbardziej śmieszy w tych wszystkich obchodach II Wojny Światowej? Przyjechała szycha z Rosji, przyjechała szycha z Niemiec. Natomiast nasi wspaniali i jedyni przyjaciele, którzy zawsze nas wspierali, czyli US&A i UK wysłali pomniejszych ludzików. Żeby nie było, że ich nie ma.
Jak dla mnie kolejny przykład na to jak wygląda wspaniała przyjaźń z tym krajami. Wspaniałe deklaracje, a jak co do czego przyjdzie to jakoś ich widać nie ma.
Zakładam, że z przyczyn naturalnych (brak snu?) miałem wczoraj dzień wkurwa. Dlaczego? Nie było sytuacji, która by mnie tak naprawdę wyprowadziła z równowagi, a mimo to wszystko mnie wkurzało. Dosłownie wszystko. Wkurzyły mnie nawet pączki, które kupiłem, bo za smaczne to nie były.
W tym wszystkim zapomniałem złożyć życzenia urodzinowe bratu i wujkowi, do tego rozwaliły się japonki (:P). Dzisiaj mam chyba wtórne objawy, bo tym razem jestem wkurzony z tego powodu, że zapomniałem o urodzinach..
Czas się porządnie wyspać.
Jak daleko sięgam pamięcią w Orange (a dawniej w Idei) istniał program Profit. Dawniej z niego skorzystałem, po przejściu na Mixa również dołączyłem do tego programu. Ostatnio program Profit umarł. Zajrzałem na Orange on-line, w celu sprawdzenia ile tych punktów uciułałem. Nie było wiele, ale dostatecznie aby doładować sobie konto.
I teraz pewnie myślisz, że doładowałem sobie to konto? Otóż się mylisz! Nie mogłem tego zrobić bo.. mam pier.* mixa! Po raz kolejny czuję się w tej sieci jak bez rąk i nóg, bo znowu wszelkie bonusy/promocje mnie omijają. Po kiego wała zbierałem te punkty, kiedy nawet nie mogę tego zamienić na doładowanie?! Niestety po raz kolejny Orange przekonało mnie do tego, że to szajka wyłudzająca kasę.
Ps. fart w tym, że mogłem innej osobie doładować konto - w końcu wszyscy pozostali klienci Orange, którzy nie mają Mixa mogą skorzystać z bonusów.
Po raz kolejny byłem świadkiem scenki rodzajowej z cyklu "na jakiej podstawie wlepia mi pan ten mandat?", oczywiście w wykonaniu jakiejś babci.
Całość skończyła się tym, że kanary musiały się wybrać z delikwentką na policję. Oczywiście ktoś z ludzi potem skwitował zaszłą sytuację słowami to są najwięksi złoczyńcy.
Nie wiem jak Wy, ale ja już osobiście mam dość tej plebejskiej durnoty powszechnej. Wszyscy kontrolerzy, a ogólniej mówiąc służby porządku są wyjątkowo nielubiane przez mieszkańców miasta. Już raz toczyłem dyskusję z kolesiem, który co chwila na widok policji/straży miejskiej/kanarów od razu zaczynał się im odgrażać. Gdy się go spytałem skąd to zachowanie to odpowiedź prosta - za mandat. Paradoksalnie ten sam koleś przyznał, że "zasługiwał" na niego.
Może powinniśmy zlikwidować wszelkie służby porządkowe tak aby ludziska w końcu zauważyły, że działania tychże osób mają realny wpływ na to co się dzieje dookoła ?
To akurat jest proste - po prędkości ich jazdy. Mają ograniczenie do 40 i żeby chociaż tyle jechali.. Zazwyczaj toczą się po 20-30 km/h, nie widać szans na to, że przyspieszą, a jeszcze jadą drogą, gdzie ciężko wyprzedzać...
Inny przypadek. Szeroka fajna droga, a koleś jedzie 50 km/h, widząc zakręt za każdym razem prawie się zatrzymuje, aby przypadkiem z tego zakrętu nie wypaść..
Damn you turists!
Grałem w Sapera na cheatach. Przegrałem.
Zauważyłem dość ciekawa rzecz na rondach. Kierowcy wjeżdżający na rondo włączają lewy kierunkowskaz, a kiedy zjeżdżają po prostu go wyłączają.
Zastanawia mnie jedno - skąd wziął się pomysł na robienie czegoś tak głupiego? W sumie dla mnie mogą sobie migać tym lewym kierunkowskazem (co w sumie jest zbędne), bo przecież przyjęło się, ze sygnalizujemy chęć zjazdu z tego ronda, a nie chęć pozostania na nim..