Archive | Przemyślenia RSS for this section

Bezdomny = publiczny

Prywatność to takie coś co pozwala mi oglądać Teletubisie w zakamarkach własnego mieszkania bez przyznawania się do tego innym. Oznacza (prywatność – dop. autora [zawsze chciałem tak napisać]) również, że mogę po kryjomu znęcać się nad misiami i innym nic do tego jeśli robię to po cichu. Można powiedzieć, że jestem zdecydowanym zwolennikiem prywatności.

Niejako z tego powodu dość boleśnie rozbiła się o czaszkę myśl, która wpadła podczas pewnego zdarzenia na ulicy. W zdarzeniu brali udział bezdomni, którzy mają w Sopocie swoje miejsce. Miejsce to jest raczej wszystkim znane, bo całe tłumy mijają je wychodząc z tunelu idącego pod Aleją Grunwaldzką (jest to tak znane miejsce, że nie będę nawet dokładnie na nie wskazywać). Mamy miejsce, oraz “aktorów”. Zdarzenie dotyczy niejasnej kłótni, w której kobieta wiesza się na ręce mężczyzny i płacząc prosi go o to aby się jeszcze zastanowił nad czymś co prawdopodobnie doprowadziło ją do tego płaczu.

Banalne? A  teraz wyobraź sobie, że każdy swój problem musisz rozwiązać publicznie. Nie masz gdzie się schować, jesteś niczym publiczna dziwka od osobistych tragedii. Każdy może przyglądać się Twojemu dramatowi, może go komentować. Byle przechodzień poświęci parę minut swej uwagi, a później niczym widz odejdzie i jeszcze zacznie komentować, że nie masz wstydu, skoro takie sceny odwalasz.

Przerażająca jest myśl, o tym, że mógłbym stracić własną prywatność.

Szatan się czai

Telewizja Polska postanowiła nas uraczyć programem pokroju Mam talent, czyli przygotowała kolejną szopkę, w której śpiewają ludzie. Nieoczekiwanie szopka stała się areną walki religijnej. Dlaczego? Otóż w programie jednym z jury jest nie kto inny, a sam demon w ludzkiej skórze Adam Darski, pseudonim Nergal (uwielbiam jak dziennikarze przy każdej okazji używają tej formy), lider zespołu Behemoth.

Jak powszechnie wiadomo zespół Nergala nie śpiewa kołysanek dla dzieci, ani nie jest prekursorem muzyki ambient. Tak, Behemoth jest zespołem satanistycznym. Tak bardzo satanistycznym, że Polska Wierząca, dopiero po 20 latach od powstania grupy zorientowała się, że na jej ziemi czai się mrok. Przypomnę, mrok pod postacią Nergala, który w programie The Voice of Poland ocenia zdolności muzyczne uczestników (czy w ramach tego wchodzą moralne gadki o wielkości szatana?).

Piekło medialne (i mentalne) musiało się rozpętać. Wzniecił je katolik, który uznał, że przedstawienie w telewizji faceta, który coś tam sobie śpiewa godzi w jego uczucia religijne. To prawda, moje uczucia również zostały ugodzone. Nergal bez mejkapu? Przecież bez tego nie ma mroku!

Zaraz za uprzejmym donosicielem odezwały się kolejne głosy. Paru księży pokrzyczało, aż w końcu szanowna partia obrońców jedynej słusznej i prawdziwie prawdziwej wiary posmoleńskiej postanowiła do piekielnego ognia głupoty dolać napalmu. Z powodu jednego Nergala zebrały się specjalne komisje, które uznały, że pokazanie kogoś takiego jak Darski ogranicza demokrację..

Byłem w stanie znieść wszelkie wypowiedzi księży. Wiadomo – metal to zło, a Behemoth jest jego aktywnym przedstawicielem, znaczy zło. Szatan to zło, a Behemoth coś tam wspomina o szatanie, znaczy zło. No, a jak zło to owieczki trzeba ratować. Jestem w stanie to zrozumieć.
Nie jestem natomiast w stanie zrozumieć tego, że ktoś nagle dochodzi do wniosku, że osoba myśląca inaczej od większości społeczeństwa oznacza ograniczenie demokracji.. Niestety po raz kolejny przybliża mi się wizja państwa opartego na katolickiej wersji szariatu. Czytał ktoś Przenajświętszą Rzeczpospolitą? Jeśli nie to odsyłam do lektury aby łatwiej sobie wyobrazić taką wizję.

Wkurzające jest również to, że o sprawie robi się coraz głośniej, a ci najbardziej urażeni nawet nie próbują zrozumieć dlaczego Nergal posługuje się szatanem. Nergal wielokrotnie tłumaczył to czym jest dla niego szatan:

Tu nie o szatana chodzi. On jest tylko metaforą i – jak widać niezwykle potężnym – ale tylko symbolem.

Jeśli już w ogóle mówić o satanizmie to jedynie o tym w wydaniu Lavey’a.

Nie podoba mi się to. Nie podoba mi się, że w imię pokrętnych praw moralnych rządzących może dojść do tego, że ograniczy się naszą swobodę. Darski ma odwagę powiedzieć otwarcie to o czym sądzi. Przy okazji robi sobie świetną reklamę, a jego zespół zyska jeszcze większe rzesze fanów. Wszystko dzięki katolikom, którzy chcą bronić owieczki przed zgubnym wpływem urojonego szatana, który mówi aby ludzie robili to co chcą, a nie to co im nakazano.
Na szczęście w całej sprawie znalazły się również głosy rozsądku. Osoby, które wspierają Nergala (choćby Hołdys, który raczej nie jest satanistą (chociaż z drugiej strony on ma długie włosy, także kto wie..)), czy też ludzie, którzy nie są fanami zespołu, ale potrafią oddzielić kwestie wiary od rozumu.

Odniosłem wrażenie, że cała sprawa nie jest tylko medialną papką. Ludzie o tym zamieszaniu mówią. Konfrontują swoje poglądy na ten temat (w końcu związane to jest z wiarą, a na tym poletku każda dyskusja potrafi zakończyć się porządną kłótnią). Takie sytuacje mogą wymusić u ludzi myślenie. Może niektórzy zrozumieją, że wyimaginowany szatan, z którym się walczy istnieje po to aby tak naprawdę wyzwolić ludzi z okowów głupoty.

Depresja

Powrót z Berlina zakończył się depresją. Nie mówię tutaj o katatonicznym zachwycie nad zaciekami na ścianie, a totalnym załamaniem spowodowanym beznadziejnością miejsca, w którym wylądowaliśmy. W obcym kraju potrafiliśmy w ciągu dwóch minut znaleźć interesujący nas środek transportu. Bez problemów odnajdowaliśmy się w gąszczu wielopiętrowych peronów.

Powrót do Polski (a konkretniej stacji PKP Szczecin Główny) zakończył się depresją. Wysiedliśmy i będąc we własnym kraju nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Chcieliśmy kupić bilety na dalszą podróż, ale nie mieliśmy pojęcia gdzie jest kasa. Co więcej nie mogliśmy znaleźć żadnej stosownej informacji. Po 10 minutach krążenia w końcu się udało. Poza tym przywitała nas szarość, zalew reklam i totalny brak możliwości. Najbliższa knajpka była ponad 700m od PKP, a nie mieliśmy dość czasu aby tyle człapać. Nasz obiad “zjedliśmy” w sklepie spożywczym.

Trzy dni w Berlinie i nagły powrót do szarości naszego kraju spowodowały w nas ogromną tęsknotę, oraz zagubienie. Paradoksalnie to w obcym kraju było nam się łatwiej odnaleźć niż w obcym (lecz nadal Polskim) mieście.

Life log: #040520112255

W większości przypadków przeszłość zostawiam za sobą. Zwyczajnie zapominam o tym co było. Dzięki temu łatwiej mi się skupić na tym co jest teraz, oraz co będzie. Niestety okazuje się, że w cieniu myśli bieżących nadal kryje się dziwka wraz ze swoim alfonsem. W czasie wolnym od pracy (czy muszę wspominać, że mowa o “majówce”?) pewne tryby zwolniły dając okazję do wzmożenia aktywności mieszkańców cienia.

Byłem przekonany, że przygoda z dziwką będzie raczej epizodyczna. Wspaniała noc, oraz ewentualny “w ryj” od jej ochroniarza za niewywiązanie się z zapłaty. Okazuje się, że to co kryje się za postaciami sutenera i kochanki to tak naprawdę ktoś zupełnie inny. W moich myślach znalazł sobie miejsce człowiek w żelaznej masce. Ktoś zapomniany, niepozorny. Czekał tylko na odpowiednią chwilę aby zadziałać.

Idealnie wybrał moment na rozpoczęcie swoich działa dywersyjnych. W kilku ruchach zniszczył mój balans wewnętrzny, a myśli zatruł. W głowie zaczęły się rodzić szalenie niebezpieczne myśli, których konsekwencji zaczynam się poważnie bać. Tym razem może się okazać, że podjęte przeze mnie działania będą błędne.

Przeszłość najwyraźniej tak łatwo nie daje za wygraną i nie chce zostawić mnie w spokoju. Wydarzenia z dni poprzednich nie mają zbyt dużego znaczenia w porównaniu do tego co będzie. Z tego też powodu nie powinienem poświęcać tym myślą zbyt dużej uwagi. Szkoda, że teorię tak ciężko wykorzystać w praktyce. Jeszcze dużo brakuje mi do osiągnięcia poziomu mistrzowskiego w tej sztuce.

Eteryczny flow

Uwaga. Poniższa notka zawiera nieautoryzowany zapis niepoukładanych, oraz wysoce bezsensownych myśli autora tego bloga. Wspomniany autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne straty czasu i innych równie subtelnych rzeczy.

Jestem w chwili. Kontempluję nieuchwytne piękno tego co niepojęte. Próbuję wymacać myślami ramy tej nieuchwytnej materii. Może w świecie wyobraźni pochwycę to co niezbadane i tajemnicze. Myślę o tym co zostało przemyślane i o tym o czym nikt nie myślał. Nie wiem, że myślę o tym pierwszy raz, skąd mógłbym to wiedzieć? Nie ważne, to jest przyjemne, błogie uczucie. Niech takie pozostanie.

A gdyby tak zastosować takie rozmyślania w pracy? Skuteczny spadek efektywności byłby gwarantowany, ale za to jakie cudowne wnioski mogłyby się nasuwać? Bo gdyby się tak zastanowić to myjąc kolejny talerz można dojść do wniosku, że pozostawiony syf świadczy o osobie. Czy to co czuła w danej chwili było wywołane pod wpływem pojedynczego impulsu, czy każdego dnia pozostawia taki nieład? Dla niej to codzienność, a dla mnie to może się okazać poznawczym szokiem.

Widzę kod. Taki jakiego powinienem się spodziewać. A jednak jest to coś innego. Twórcy zabrakło konsekwencji. Raz stosował taby, innym razem spacje. Czasami zostawiał masę pustych odstępów, żeby chwilę później drobnym maczkiem zapełnić kolejne ekrany. Ciekawe w jaki sposób on znajduje w tym błędy? Czy nikt nie sprawdza takiej pracy? Przecież tutaj jest tyle błędów, nawet w komentarzach..

Oto stoi sobie ochroniarz. Bacznie lustruje tyłeczki fajnych panienek, a obok niego szwęda się podejrzany typ. Co jeśli podejrzenia są słuszne i podejrzany typ zrobi coś podejrzanego? Czy ochroniarz zdąży zareagować? A może zrobi to w momencie kiedy ktoś przerwie jego subtelną więź z cudownym biustem kolejnej wypalonej laseczki?

A może gdybym ja się w końcu skupił to bym nie zastanawiał się nad tą chwilą? Bo tak naprawdę to mam cały ogrom możliwości. W równoległych wszechświatach jestem pewnie milionerem, a w innych słodko umalowanym gejem ze skłonnościami sado-maso. Ciekawe czy te wszystkie “ja” mając coś wspólnego ze mną? Pewnie wygląd, ale czy coś jeszcze? Bardzo był chciał aby oni nie byli tacy eteryczni. A może oni teraz również myślą o pozostałych “nas”?

Może te niespodziewane chwile smutku, które nas ogarniają to tak naprawdę sytuacje, w których nieskończenie bogaty gej “ja” z innego świata umiera? Ciekawe co czuje podczas umierania? Boi się, czy uśmiecha? Może spotkanie z Kostuchą będzie jego jedynym zbliżeniem z kobietą? Zdąży ją pokochać, czy znienawidzić?

Ciekawe co ja powiem Białej Pani, gdy przyjdzie. W sumie to wytknąłbym jej palec i powiedział, że to ja płaciłem krwią za swoje życie i jako klient świata wcale nie chcę jej teraz widzieć. Pewnie umówiłbym się z nią na jakieś spotkanie w przyszłości, o którym bym zapomniał. Czy urażona kochanka śmierci strzeliłaby na mnie focha? Jeśli tak, to co wtedy byłoby ze mną?

Życie jest naprawdę trudne. Tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że może lepiej nie myśleć za dużo? Wprawdzie to nie boli, ale później w snach kręci mi się wszystko i tworzy gorzką zupę, po której budzę się z niewysłowionym wyrazem twarzy. Czy warto myśleć tylko po to aby nie przespać kolejnej nocy? Taki bezsensowny bieg przez życie również ma swoje uroki. W końcu pominę te wszystkie bezsensowne rozważania i zbliżę się do ideału natury. Będę chciał za wszelką cenę zaspokoić podstawowe potrzeby, czyli w pewnym momencie przyczynię się do rozmnażania rasy ludzkiej.

I po co mi wiedza, że to co będę robić będzie miało taką nazwę? Zwierząt jakoś nie trzeba uczyć jak żyć. Skubane mają swój instynkt i to im wystarcza. Dlaczego człowiek nie może rodzić się z gotową książką jak przejść przez życie? Może kiedyś w pewien sposób założył się o to ze stwórcą?

Tak wiele pytań, tak mało czasu..

Różnie i luźnie

Naszedł mnie pewien ciąg myśli. Krótkich, luźnych, nie nadających się na swoją “własną” notkę. Każda myśl warta zapisania. Być może ktoś ją wykorzysta jako narzędzie mojej kompromitacji, a może posłuży jako wybawienie dla zatroskanych nastolatek.

Myśl pierwsza – sytuacja w Japonii. Mit atomu pochłaniającego wszystko powrócił. Obudziły się wszelkiej maści organizacje ekologiczne, które uważają, że takie rozwiązania energetyczne będą dla nas zgubą. Przy okazji ludzie na całym świecie wpadają w panikę, bo byle piard Boga skieruje niszczycielską chmurę radioaktywnego pyłu nad ich głowy i zniszczy cały umiłowany świat. Po raz kolejny Wielcy wykorzystują strach mas.

Myśl druga – Libia. Wielkie mocarstwa chcą zgrywać bohaterów. W końcu znaleźli pretekst aby rozkręcić wielkie tryby machiny ich interesów. Kasa kryje się za losem pojedynczych osób, wcale nie chodzi o to aby im się żyło lepiej. Gdyby tak było to Afryka po raz kolejny byłaby skolonizowana, przez jakże to miłosierne państwa zachodu.

Myśl trzecia – wspomagacz filozofii – alkohol. Odkryłem, dlaczego alkohol wspomaga małe filozofie. Tymczasowo paraliżuje kończyny, przez co organizm może przekazać więcej energii do mózgu. Mózg nagle produkuje więcej myśli, a wywołane ciśnienie ostatecznie wyważa drzwi dziennej rutyny i powoduje wysyp przemyśleń zaległych na dnie czaszki. Gdy się przesadzi to i mózg wyłącza się, a wtedy czysty instynkt zaczyna działać.

Myśli trzy się spisały. Nie chciałem się nad nimi rozwodzić dłużej, bo wtedy byłoby coś o wiele gorszego od tego co zapisałem. Ku chwale poczwarków myślowych!

Chmielno – moje zadupie

Chmielno jest określane jako bajeczne, cudowne i świecące oparami zajebistości. Jest to wieś, jak każda inna tylko bardziej fajna. Niby dlatego, że są lasy, jeziora, legendy i inne takie tam. Czasami ludziki wyjdą w kolorowych strojach (czyt. kaszubi w końcu przebiorą się i pokażą turystom). Jest bajecznie. Tak przynajmniej myślałem jakiś czas temu.

Teraz zauważam martwicę, a stęchlizna uzupełnia luki w mych nozdrzach. Samo Chmielno jest co najwyżej zadbane. Rozwoju praktycznie nie ma, a promocja miejscowości jest fatalna. Organizowane imprezy są co roku takie same, prowadzone zgodnie z ogólnym porządkiem świata. Jednym zdaniem – plan pięcioletni powtarzany kolejne 20 lat.

Z czego to wynika? Głównie z braku kreatywności u osób odpowiedzialnych za rozwój kultury, oraz promocję gminy (tak, Chmielno jest również gminą). Nie jest to jedyny problem. Bardzo mało osób chce cokolwiek z tym zrobić. Władza jest kółkiem samouwielbienia, które chroni się na wszelkie możliwe sposoby.

Oczywiście próbowano wykonać pewne urozmaicenia (skupię się tylko na samej wsi Chmielno, bo w obrębie gminy nie dzieje się nic ciekawego). Stworzono “park kamienny“, postawiono jakiś pomnik przyjaźni. Zrobiono też inny pomnik – wielki głaz w kamiennej ramce ku chwale “czegoś”. Wszystkie te rzeczy wykonane nerwowo, bez pomysłu, byle jak.

Po moich ostatnich plotkach w szkole dowiedziałem się, że były pomysły na zmiany. Większość, z nieznanych przyczyn, została zniszczona. Podobnie sprawy się mają z pewnymi przedsięwzięciami sportowymi. Niektóre z nich, pomimo osiągnięć, nie są w żaden sposób wspierane. Sporo oskarżeń o taki obrót spraw pada na władze gminy. Aż dziwne, że ciągle są wybierani ci sami ludzie.

Ostatnio zacząłem patrzeć na to miejsce bardzo krytycznie. Do domu rodzinnego przyjeżdżam rzadko. Z tego też powodu jestem ciekaw tego co się dzieje w “mojej” wsi. Niestety nie dzieje się nic. “Zastój” jest jedynym słowem, które najlepiej opisuje sytuację. Żeby nie było, że tylko narzekam – mam swoje pomysły na zmiany. Raczej nic wielkiego, ale coś jednak jest. Jeden z nich zaczynam powolutku ruszać do przodu. Nie mam pojęcia co z tego wyjdzie (o ile wyjdzie), ale myślę, że warto.

W przyszłości zamierzam wrócić na stare śmieci. Nie chcę aby okazało się, że wracam do martwej wsi.

Archeologia socjalna

Pierwsze dni urlopu postanowiłem spędzić u rodziców. Na totalnym “spontatnie” postanowiłem odwiedzić swoje liceum oraz gimnazjum. Spotkałem się z dawnymi nauczycielami. Była nawet okazja aby trochę z nimi pogadać. Jestem bardzo miło zaskoczony tym jak luźno rozmawiało się z nimi. Wprawdzie nadal obowiązywała relacja uczeń-nauczyciel, lecz w pewnej zmodyfikowanej wersji – absolwent-nauczyciel. Dzięki tej transformacji rozmowy były luźniejsze.

Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Co ciekawe wielu z nich przyznało, że aktualne pupile są zdecydowanie mniej dojrzałe, również bardziej irytujące. Moja nauczycielka z polskiego stwierdziła nawet:

Myślałam, że to Wy jesteście moją najgorszą klasą. W porównaniu z tym co teraz mam to Was wspominam mile.

Patrząc na milusińskich można odnieść wrażenie, że liceum jest tym czym było moje gimnazjum. Ludziki coś takie młodziutkie się wydają, takie małe nieporadne pokemonki. Możliwe, że ja również byłem kimś takim, chociaż z moich wspomnień (konfrontowanych z tym co pamiętam) to ludzie raczej nie wydawali się być “dzieciorami”.

Później przyszła pora na gimnazjum. Sprawa z nauczycielami wyglądała podobnie. Luźna towarzyska rozmowa. Coś o czym bym w życiu nie pomyślał opuszczając mury szkoły. Zupełnym przypadkiem okazało się, że akurat w mej szkole jest potrzebny absolwent co by dzieciom (sorry, ale nie potrafię inaczej mówić o ludziach z ostatnich klas gimnazjum. A niby to jest młodzież) opowiedzieć wspaniałą, pełną wartkiej akcji, historię studenta informatyki. Tak więc usiadłem i opowiadałem o tym przez co przeszedłem. Chyba zostałem wysłuchany, natomiast w momencie gdy spytałem się o to czy są pytania zapadła krępująca cisza (na szczęście na sam koniec lekcji ktoś wyrwał się z pytaniami). Gdy się nad tym teraz zastanowię to mam wrażenie, że gadałem do “świętych krów”.

Na jednej lekcji miałem po prostu powiedzieć, że dobrze już na etapie wyboru szkoły ponadgimnazjalnej wiedzieć w jakim kierunku się kształcić. Na drugiej zaś miałem powiedzieć dlaczego warto się uczyć. Tutaj przyznaję, że to była jedna z głupszych sytuacji jakie mi się ostatnio przytrafiły. Przypominało to trochę próbę sprzedaży samochodu jaskiniowcowi.

Niestety szkoła dzieciom nie przekazuje umiejętności myślenia, a jedynie wkuwania. Nawet na siłę próbuje im się wbić do głowy, że uczyć się trzeba. Spytałem się jakiejś dziewczyny dlaczego warto się uczyć. Ona po prostu dała jedną ze standardowych odpowiedzi. Gdy zacząłem drążyć temat nagle okazało się, że zapas standardowych odpowiedzi wyczerpał się i zmusiłem ją do myślenia. To się chyba okazało ponad jej siły, ponieważ cisza była jedyną odpowiedzią.
Dość mocno zaczęło mnie zastanawiać to dlaczego tak jest. Z pytaniem “dlaczego dzieciom wbija się to, że muszą się uczyć” poszedłem do szkolnej pedagog. Jej odpowiedzi były trochę mętne. Niby to “zasługa” tego, że pytałem się o takie rzeczy w klasie, która ma słabe wyniki. Niby to, że nauczyciele nie poświęcają temu zbyt dużo czasu i przedstawiają temat tak jak kolejną lekcję – metodycznie, sucho, nijak. Później do rozmowy wtrąciła się inna babka (wpadła do pokoju w trakcie rozmowy i ją również wciągnęliśmy w pogawędkę). Ona rzuciła nieco odmienne światło na sytuację. Szkoła nie ma czasu na to aby motywować młodych do działania. Od szkoły oczekuje się wyników na testach i to jest jej jedynym celem. Fakt, że w ten sposób na świat “wydaje się” osoby-roboty robiące to co im się karze ma raczej małe znaczenie. Tak właściwie to już na typ etapie ma się do czynienia z wyścigiem szczurów.

Trzecią klasę gimnazjum pamiętam zupełnie inaczej. Jasne, byliśmy dzieciakami, robiliśmy rzeczy godne idioty. Mimo to wiedzieliśmy po co siedzimy w szkole. Wiedzieliśmy, gdzie pójść po gimnazjum. Pamiętam też dawne ósme klasy. Ludzi, którzy już wtedy wydawali się być dorosli. Oni pewnie na nas patrzeli tak jak ja patrzę teraz na młodych – małe dzieci. Możliwe, że moje obawy co do braku dojrzałości są zdecydowanie bezzasadne. Lepiej aby tak było, bo te osoby będą kiedyś pracować na moją emeryturę.

Łajpd

Ciecz moich myśli była mocno zanieczyszczona. Zamiast normalnej zawiesiny pojawiły się plugastwa, które drastycznie obniżyły jakość trunku. Poziom złych myśli w pewnym momencie osiągnął stan krytyczny, który odebrał mi wszelkie chęci do dalszego funkcjonowania. Odbiło się to głównie na moim ciele. Słaby umysł to i ciało chorowite. Wolny weekend, alkoholowy filtr i odrobina medytacji pozbyły się szkodliwej zawartości i przywróciły stan równowagi.

Jak to bywa, gdy jedno zmartwienie odejdzie przychodzą kolejne. Tym razem bardziej konkretne problemy, rzeczy z którymi mogę sobie poradzić. Zauważyłem spadek motywacji, oraz pewien brak pewności własnych umiejętności. To drugie jest pewnie tymczasowe, także nie zwracam na to zbytniej uwagi. Z motywacją jest nieco gorzej. Zadowalam się teoretycznym rozwiązaniem problemu, brakuje potrzeby wdrażania go w życie. Muszę objąć jakąś strategię jak sobie z tym dziadem poradzić.

Ostatnio miałem sen. Początkowo myślałem, że to serdeczny żart mojej podświadomości. Dopiero w trakcie destylacji cieczy uzmysłowiłem sobie, że mógł on coś oznaczać. Śniło mi się, że jadę samochodem. Jechałem szybko i w pewnym momencie chciałem zwolnić. Hamulce nie reagowały, także postanowiłem hamować silnikiem. Im mniejszy bieg wrzucałem tym szybciej samochód zaczął jechać. Jak mam traktować ten sen? W moim rozumieniu to już teraz pracuję na wysokich obrotach, a zwalnianie nie ma sensu. Co więcej, najwyraźniej sam się przed tym wzbraniam. Natomiast gdyby faktycznie zwolnić to zapierdol życia przejdzie do prędkości absurdalnej. Paradoks? A może trzeba to zwolnienie traktować jako konieczność rozpatrzenia na spokojnie spraw absolutnie ważnych, których rozwiązanie przyczyni się do dalszego rozwoju (lub też zmian)?

Ten weekend był czystką na poziomie duchowym. Wprawdzie bilans zysków i strat trosk wydaje się być bez zmian to mimo wszystko było to mi potrzebne. Następny weekend będzie czystką fizyczną. Dwa koncerty, na których nie zamierzam się oszczędzać. Rozładowanie zgromadzonej energii w ciele również jest potrzebne.

I’m Batman!

Wydaje się, że moje niebezpieczne fascynacje rozpoczęły się już w podstawówce. To wszystko przez kreskówkę Dragon Ball. Wizja bycia mistycznym wojownikiem broniącym planety bardzo mi się spodobała. Tyle tylko, że czasami jestem jednym ze złych charakterów. Najlepiej by było, żebym był jak Goku i jakiś zły typ (np. Picollo). Gdybym łapał tzw “rage mode” to moja siła by rosła, a ja mógłbym spopielić swoich wrogów. Taak, na samą myśl o możliwych sposobach spopielenia przeciwników aż mnie ciarki przechodzą. Czasami też bym niszczył całe miasta. W sumie bez powodu, bo mogę.

Później zaczęło być tylko gorzej. Na swej wędrówce przez życie napotkałem serię Hellsing. Zapragnąłem walczyć po stronie organizacji zwalczającej wampiry. Najlepiej abym to ja był potężnym Nosferatu. Podobnie jak Alucard sączyłbym przyjemność z czynienia rozpierduchy. Niszczyłbym słabych popleczników, a pozostawiałbym jedynie tych Godnych.

Na szczęście udało mi się przejść na dobrą stronę Mocy. Chciałbym aby ktoś powiedział mi, że mam predyspozycje na bycie Jedi. Zgłębiłbym tajniki mocy, a sztukę świetlnego fechtunku miałbym opanowaną do perfekcji. Pomagałbym słabszym i cierpliwie pleniłbym zło z Republiki.

Chyba mam coś w rodzaju syndromu wybrańca. Czekam na to, aż ktoś obcy powie mi, że jestem Wyjątkowy. Wtedy rozpocznie się moja przygoda. Będę romantycznym rycerzem (jedi) zabijającym wampiry z kosmosu.

Na szczęście nie muszę już czekać. Zostałem programistą. Posługuję się mistycznym językiem. Jestem w stanie tworzyć całe światy, niszczyć je i odtwarzać. Jeśli tylko chcę mogę zostać bohaterem, lub geniuszem zła. Wszystko jest możliwe, bo jako programista mogę sobie stworzyć taką rzeczywistość.

I co z tego, że będę w niej tylko ja? Będę bogiem, szatanem oraz Kubusiem Puchatkiem. Będę tworzył, niszczył. Stworzę sobie poddanych, narzucę im swoją ideologię (nawet jeśli nie będą jej chcieli) i karzę im mnie czcić. Będę rozdawał darmowy pasztet i żądał od poddanych aby płacili za mnie podatki. W końcu będę kimś!

Notka pisana pod wpływem dziecięcych fantazji oraz Ciechana Miodowego.