Archive | Ogólne RSS for this section

Przeczytane: Miroslav Žamboch – Wylęgarnia

Wystarczy mit i wiara ludzi aby stworzyć półboga. Marika, zwykła dziewczyna, jeszcze nie wie, że przez przypadek zostanie częścią takiego mitu. Wplątana w porachunki mafijne odkrywa swoje nowe umiejętności. Jako półbóg (lub demon) weźmie udział w walce z innymi demonami.

Nie przychodzi mi nic innego także taki akapit pozostawiam tytułem wstępu. Ten akapit jako rozwinięcie będzie kilku zdaniowym opisem wrażeń z czytania książki. Zacznę od tego, że od samego początku jest akcja. Na początku dość delikatnie. Jeden trup, potem kolejny. Później kogoś się positkuje, a ten ucieknie itd. Później to mamy już krwawą juchę na całego. Po co broń skoro można przeciwnika rozerwać własnymi rękoma (lub ostrzami)?

Przedstawione jest kilka różnych wątków, które w pewnym momencie się łączą. Autor dokonuje translacji pojęć mitologicznych na język fizyki. Chyba mu się to udało, ponieważ w pewnym momencie przestałem rozumieć używane pojęcia. Wolałem (podobnie jak główna bohaterka) zadowolić się pojęciami mistycznymi.

Najbardziej podobał mi się wątek dotyczący tego skąd się biorą półbogowie (lub demony). Otóż tak jak wspomniałem – wystarczy mit i wiara ludzka aby tego dokonać. Aby zostać bogiem trzeba czegoś więcej – znaleźć osobę, która ma dowód boskości, a mimo to w niego nie wierzy.

Lektura wciąga. Wraz z czytaniem coraz bardziej chce się poznawać dalsze losy bohaterów, przez co oba tomy zostały skonsumowane w niecałe dwa tygodnie. Osobiście polecam.

Żywiołak – Nowa Mix-Tradycja

Gdy dowiedziałem się, że Żywiołak wyda nowy album to cieszyłem się niepomiernie. Później okazało się, że mają to być zremiksowane utwory z pierwszego krążka i mój zachwyt opadł. Wersja techno? Troszkę to nie pasuje do muzyki określanej często jako pagan-metal. Album “Nowa Mix-Tradycja” został wydany niedawno, całkiem ciężko było go zdobyć. Na szczęście czego nie ma w Internecie jest jeszcze w realu. Dzięki uprzejmości sieci Empik udało się po jakimś czasie odebrać zamówiony album.

Przyznaję, remiksy są na poziomie. Każdy z DJów postarał się o własną interpretację remiksowanego utworu. Nie są to zwykłe “łupanki”. Niektóre kawałki są dynamiczne, inne mniej. Trochę brakuje wokali. Niektóre utwory dość mocno przeplatają oryginalną ścieżkę, inne trzymają się jedynie melodii i wokalu. Jaki to daje efekt? Jest mrocznie, chłodno, ponuro. Jest też dynamicznie, skocznie, oraz na swój sposób “ostro”.

Albumu nie polecę tym, dla których nie ma innej muzyki poza rockiem/metalem. Prawdziwi fani również mogą się w pewnym sensie zawieść. To nie jest taki “prawdziwy” Żywiołak. Mnie ten album uwiódł. Podoba mi się to nowe brzmienie. Szkoda tylko, że to wszystko trwa tak krótko.

Ps. Na albumie znajduje się również mały bonus – utwór “Rolnik” (tym razem nie remiksowany). Ci co byli na koncertach Żywiołaka na pewno skojarzą :)

Żywioł(ak)

Kapela Żywiołak jest mi znana od dłuższego czasu. Ich muzyka jest ciekawa, łatwo wpada w ucho, jak trzeba daje odpowiednią dawkę “kopa”. Wczoraj byliśmy na ich koncercie w Gdyńskim Uchu. Uważam, że jakość kapeli określa się na podstawie tego jakie koncerty daje. W tym wypadku Żywiołak jest kapelą wysokiej klasy.

Koncerty Żywiołaka to właściwie nie koncerty ,jest to misterium w której otchłań wpada każdy uczestnik.Bardzo zjawiskowa sprawa,strach pomyśleć gdzie graliby gdyby puszczali ich na rmfach czy innyc radiach bzdet-hala Ergo Arena byłaby za mała;)

blog Fotogrip

Czy powinienem dodać coś więcej? A tak, znowu wpakowałem się w pogo. Bałem się jak cholera, w końcu 90% publiczności przyszła w glanach. Mimo to było zdecydowanie lepiej niż wcześniej. Co więcej, w pewnym sensie było nawet spokojniej.

Muzyka Żywiołaka to prawdziwy żywioł. Wciąga, nie pozwala stać w miejscu. Najbardziej żałuję te momenty kiedy stałem i popijałem piwo. Nawet wtedy próbowałem coś w rodzaju pół-pogo. Skończyło się to dość sporym ubytkiem złocistego płynu.
Była okazja aby usłyszeć parę nowych utworów. Nie zapomnę kawałka “wypalamy trawy” – ogrom pozytywnej energii.

Po koncercie udało się zdobyć płyty z autografami zespołu. Przy okazji miałem okazję poznać Zala :)

Wróciliśmy totalnie zmęczeni. Dokonała się konwersja całego tygodnia ciężkiej pracy (i odrobiny nerwów) w porządne zakwasy. Tego było mi potrzeba.
Szkoda tylko, że w Uchu piwo jest słabe, a wracając do domu wpakowałem się w gówno.

Jeszcze większa szkoda, że Żywiołak nie robi częściej koncertów w okolicy. Pomimo dość ograniczonego repertuaru z wielką chęcią wybrałbym się kolejną imprezę z ich udziałem.

Trójmiejski Festiwal Kultury Buddyjskiej

To już 3 edycja Trójmiejskiego Festiwalu Kultury Buddyjskiej – “Przestrzeń Umysłu”. Między 22 a 28 listopada każdy od Gdyni po Gdańsk będzie mógł doświadczyć tego jak kultura buddyzmu tybetańskiego z powodzeniem zakorzeniła się na zachodzie, dodając od siebie to co najwartościowsze. Będą wykłady, wystawa oraz projekcje filmów w pełnej radości atmosferze.

Przez cały następny tydzień odbędzie się seria wykładów i prezentacji na temat buddyzmu. Osobiście imprezę polecam i serdecznie zapraszam. W miarę skromnych możliwości również postaram się tam zjawić.

Więcej informacji na stronie trojmiasto.pl, lub gdansk.buddyzm.pl.

Nie lubię takich dni

Pomyślałem sobie, że obudzę się przepełniony miłością do ojczyzny i napiszę coś wzniosłego. Tak się nie stało. Uderzyła we mnie szara rzeczywistość listopada. Można powiedzieć, że listopad jest prawie w pełni swej formy, brakuje jeszcze zaćmienia słońca. Trzeba oddać mu jedno – bardzo się stara aby było przygnębiająco. Całe szczęście, że wybory się nie skończyły. Jeszcze przez jakiś czas papierowe neony będą świecić.

Wolny dzień wnosi pewne konsekwencje. Jedną z nich jest zjawisko tak bliskie nam, a nie dostrzegane kiedy mamy co robić – myślenie. Tak więc znowu sobie myślę.
Myślenie w nadmiarze powoduje u mnie przygnębienie. Wredny listopad dodaje rumieńców temu stanowi.
Dużo przemyślałem. Całe swoje życie (ostatni rok, reszta to jakieś mroki), kwestie światowe oraz sytuację taktyczną w moim pokoju. Stwierdziłem co następuje – nic mi się nie chce.

Mam w sobie dość mocny pierwiastek żeński, bowiem targają mną wewnętrzne sprzeczności. Mimo tego, że nic mi się nie chce to jednak coś bym zrobił. Znowu myślę. Ponownie przewija się film życia, teraz widzę cały świat, ale już powrócił pokój.. Chyba pójdę wyrzucić śmieci.

Już miałem kończyć pisać, chociaż pewne zjawisko jest warte odnotowania. Listopad zauważył moją spokojną egzystencję i przejął się jej losem. Pozwolił na to aby odrobina słońca oblała ziemię. Chwała mu za to! Przy okazji wyrzucania śmieci pójdę poszukać godnej ofiary.

O jeszcze jedna rzecz! Już dawno nie przytrafiło mi się coś równie górnolotnego jak ten wpis. Myślę, że śmiało może konkurować z tęgimi rozkminami nastoletniego radmena.
Dziwne, ale świadomość tego faktu poprawiła mój stan. Chyba miałem potrzebę na spłodzenie takiego bękarta. Tym razem to jest definitywny koniec tego wpisu.

Zapasowe gałki

Moje patrzałki chyba ulegają stępieniu (jeśli nie temu to na pewno zaczynają rdzewieć). Teoria jedna mówi, że sprzedałem sobie placebo. Druga teoria mówi, że lobby lekarskie wmawia mi upośledzenie wzroku abym pozostawił w ich kiesach “grube miliony”. Jest też trzecia teoria. Taka najmniej atrakcyjna z punktu widzenia zwykłego telewidza – faktycznie jest problem ze wzrokiem.

Badania lekarskie tak jakby to potwierdziły. Potrzebne są mi zapasowe gałki (a właściwie to szkła/soczewki i tylko na jedno oko). Spotkanie z okulistą sprawiło, że nagle świat dwukrotnie się rozmazał. Wychodzi na to, że będę musiał zainteresować się kupnem okularów, lub odpowiednich szkieł kontaktowych.

Kolejna misja, kolejny wydatek. Pozostaje jeszcze siła perswazji i wmówienie sobie, że tak naprawdę wszystko widzę poprawnie. A może by tak spróbować ręcznie wyregulować wadliwą gałkę?

Wspomnienia ty dziwko!

W mej głowie powstała nowa definicja pojęcia “wspomnienia”. Wspomnienia są jak dziwka. Właściwie to jak alfons, który domaga się zapłaty za usługę. Tak naprawdę to wspomnienia to jedno i drugie. Istnieje nawet pewna wzajemna relacja – im lepsze usługi kurtyzany, tym bardziej skąpy jest sutener. Warto też nadmienić, że sam alfons poza byciem skąpym jest również socjopatą. Wyjątkowo wrednym socjopatą. Kimś kto lubi robić częste, niespodziewane wizyty o trzeciej nad ranem z pytaniem czy chcemy zupełnie za darmo oberwać.

Jak uniknąć problemu z prostytutką? Możliwe, że seks tantryczny będzie w tej sytuacji najlepszy. Zwykłe delikatne muskanie, zaczepki, bez “wchodzenia” w szczegóły. Prawdopodobnie wtedy opiekun dziwki nie będzie robił problemów. Oczywiście najlepszym sposobem na uniknięcie kontaktu z windykatorem usługi będzie uniknięcie kontaktu z panią. Czy da się to osiągnąć, zwłaszcza jeśli ta pani jest wyjątkowo piękna..?

Miniblog: Wyborczo

Genialnym pomysłem jest zorganizowanie wyborów na jesień. Zrobiło się kolorowo, pozytywne barwy zalewają ulice. Kandydaci postanowili wykorzystać barwy narodowe – biały i niebieski. Wszyscy są w garniturkach, próbują sobie przypomnieć jak wygląda uśmiech. Część z nich zapewne uśmiecha się na samą myśl o tym czego nie wykona.

Brakuje mi w tym wszystkim odrobiny luzu i folkloru. Zaprawdę powiadam, że ta osoba która wywiesi plakat, na którym paraduje w dresie zyska moje poparcie. Jeśli na tym zdjęciu będą widoczne widły to przekonam rodziców. Za buty z wyłażącą słomą sprawię, że cała rodzina zagłosuje na Wybrańca.

Ordynacja w wydaniu poprawionym ponoć głosi, że po wyborach sztaby będą musiały zdjąć swoją papeterię. Ciekaw jestem, który z nich dokona tego najszybciej. Ci co uwiną się zadaniem najszybciej zyskają moje skromne poparcie.

Miniblog: Udogadniajmy dalej

A będziemy sobie robić coraz większą krzywdę. Do takiego wniosku dochodzę po dzisiejszym dniu spędzonym na rozmowach rekrutacyjnych. Okazuje się, że naprawdę są osoby które “programują”, a nie znają podstaw języka.

Przykładowo dzisiaj kandydat nie wiedział jak napisać proste regułki CSS – wykorzystywał generowanie (i podpowiadanie) kodu w Dreamwaver. Wcześniej inny delikwent nie wiedział jak napisać prostego SQLa, mimo że tworzył aplikacje wykorzystujące MySQLa.

Trochę to przypomina ten kawał o najlepszym sposobie aby nie skradziono samochodu w USA – wystarczy aby samochód posiadał manualną skrzynię biegów.

Całość zmierza w kierunku podobnym do tego co przedstawiono w “Idiokracji” – będziemy korzystać z technologii, których ani trochę nie rozumiemy.
Tak, pewnie dramatyzuję ;)

Mało konkretna relacja z FrontTrends 2010

Przygoda moja rozpoczęła się w środę. Jakoś po południu nadjechał mój pociąg, który tempem rakiety (po jakiś 7 godzinach) dojechał do Warszawy. Chwała panom kolejarzom, że wliczyli do rozkładu czas na postoje w szczerym polu dzięki czemu nie musiałem słyszeć o opóźnieniach.

Będąc w stolicy ok 22 doszedłem do wniosku, że to jest ponure miejsce. Bez większych problemów udało mi się odnaleźć tramwaj, który podwiózł mnie na umówione miejsce. Później wszystko poszło z górki. Przyjaciółka, która mnie odebrała pokazała mi gdzie mieszka. Od tego momentu mieszkanie na ulicy Litewskiej było moją bazą wypadową.

Pierwszy wypad był niespodziewany. Rozmyślając nad snem nagle telefon zadzwonił. Słuchawka przemówiła do mnie, że osoba na drugim końcu fali właśnie przyjechała na miejsce oraz szuka towarzystwa do piwa. Moją jedyną wątpliwością było to jak później wrócę. Na szczęście wyimaginowane opary alkoholu szybko rozwiązały moje wątpliwości. Tak więc już po północy rozpoczęła się pierwsza misja w stolicy – odnalezienie knajpy gdzie będzie można wypić piwo. Nie wiedzieć dlaczego okazało się to wyjątkowo skomplikowane.

Pierwszy wypad na piwo zakończył się dość późnym powrotem do mieszkania, oraz krótkim snem. Trzy godziny później trzeba było wstawać aby zdążyć na rejestrację na konferencję.
Oczywiście po raz kolejny pojawił się problem dojazdu. Tym razem rozwiązał go taksówkarz, który wykorzystał swoją wiedzę zamkniętą w czarnym pudełku z napisem “GPS”.

Konferencja odbywała się na uczelni PWSBiA, tej samej, w której zdemolowaliśmy pokój w akademiku jakieś parę lat temu. Trochę ciężko było znaleźć odpowiednie audytoria, na szczęście umiejętność zadawania podstawowych pytań (“gdzie ja kurna jestem?“) po raz kolejny przydała się.

Tak więc rozpoczął się pierwszy dzień konferencji FrontTrends. Przy rejestracji dostałem fajową smycz, opaskę i jakieś plastikowe coś. Zdaje się, że identyfikator. W sumie nie wiem do czego był potrzebny, w zasadzie ani razu się nie przydał. No może do tego abym mógł coś zawiesić na fajowej smyczy, która szpaniła na mej szyi.

Niestety na moje samopoczucie wpłynął pewien mutagen, zwany kacem, który w pewnym momencie utrudnił mi percepcję świadomości (inaczej mówiąc momentami przysypiałem ;) Ów mutagen został zniszczony w południe. Pokonała go zielona lasagnia. Zapewne te wodorosty miały jakieś antyciała czy cuś.

Pozostawmy kaca samemu sobie, wróćmy do konkretów. Prezentacje na których byłem okazały się być źródłem ogromnej wiedzy. Spikerzy są starymi wyjadaczami w prowadzeniu tego typu zabaw, dzięki czemu merytorycznie nie mogłem się do niczego przyczepić.
Po kilku godzinach wykładów nadszedł czas zakończenia dnia. Właściwie jego rozpoczęcia. Nie wiedzieć dlaczego, ale organizatorzy postanowili po pierwszym dniu zorganizować tzw afterparty. Nie żebym narzekał, wyleczony kac domagał się odrobiny czułości.

Wylądowaliśmy w klubie, którego lokalizacja była częściowo utajniona. Niby ulica znana, ale ja jako szary obserwator nie dostrzegłem niczego konkretnego. Przyczyną tego zapewne było to, że trzeba było przekroczyć bramę, a później to dziedzińczykiem prosto, na prawo, a później na lewo.
Lokal mimo swego ogromu był mały. Może było tak dlatego, że do owej małej przestrzeni przyczynili się ludzie, którzy postanowili swoimi ciałami wypełnić każdy milimetr kwadratowy przestrzeni. Na szczęście udało się znaleźć swoje pół metra, tak aby bez problemu stać w miejscu oraz wykonać figurę akrobatyczną – obrót o 360°.

Afterek żył swoim życiem, a ja walczyłem z barierą językową. To nie jest tak, że nie znam języka. Raczej świadomość tego na ile go znam przyczyniła się do mej niechęci. Na szczęście odpowiedni motywator sprawił, że w końcu i w tej kwestii się przełamałem. Poznało się kilka osób, pogadało się trochę. Trochę też się nie zrozumiało. Ciężko zrozumieć faceta, który mówi coś o technologiach webowych, aż nagle wspomina coś o nazistach. A może to po prostu wina złego akcentu, albo pewnej odmiennej rzeczywistości wywołanej przez motywator?
Dla mnie impreza skończyła się raczej szybko. W końcu odezwało się niewyspanie, oraz jego brat – zmęczenie.

Drugi dzień był całkiem podobny do pierwszego. Z tym wyjątkiem, że mutagenem zaraził się jeden ze spikerów, a nie ja. Przyznać trzeba, że owy spiker był naprawdę dzielny. Wprawdzie spóźnił się, ale udało mu się poprowadzić swój wykład. Co więcej zrobił to naprawdę dobrze, a pewne wpadki (które można nazwać humorem sytuacyjnym) sprawiły że atmosfera była naprawdę dobra.

Ponownie, te kilka godzin minęło strasznie szybko. Na szybko zorganizowano kolejnego afterka. Tym razem w bawarskiej knajpie mającej aspiracje na bycie czeską strefą eksterytorialną. Ponownie lokal duży, a jednak ciasno. Tym razem nie z powodu ludzi, a fatalnie zorganizowanego zagospodarowania przestrzennego. Na szczęście FrontTrendowcy to nie są stereotypowi informatycy – potrafią przesuwać krzesła, a nawet stoły.
Szkoda, że obsługa lokalu miała bardzo niską przepustowość myśli. Do tego te myśli były jedynie w języku polskim przez co trzeba było zatrudnić się w branży tłumaczy.
Nie będę wspominał o tym, że nastąpiła profanacja podczas nalewania piwa. I to nie raz.

Na obronę obsługi muszę powiedzieć, że również nie zależałoby mi. Przynajmniej nie po całodniowym treningu podnoszenia ciężarów jedną ręką. Widok pani, chucherka, z tacą wypełnioną kilkoma ogromnymi kuflami piwa potrafi wzbudzić litość.

Moja bariera językowa zupełnie została przełamana. W pewnym momencie odkryłem, że napotkałem inną barierę. Zapomniałem jak się mówi po polsku. Skutkiem tego było zwracanie się do obsługi po angielsku. Szczęście, że miało to miejsce w innym lokalu, ponieważ o północy oznajmiono delikatnie aby spierdzielać.
Zadziwiające, ale możliwe jest gadanie o technologii po kilku(-nastu?) piwach o godzinie 4 nad ranem.

Ostatni dzień (tj sobota) polegał na tzw. aktywnym wypoczynku. Jako że jestem typowym polskim patriotą w Warszawie (mimo tych kilkunastu lat na karku) byłem po raz pierwszy. Miałem okazję przejść się po starówce. Robi wrażenie. Ot takie coś, niby to stare, a jednak o niebo lepsze niż młodsze paskudztwa z ostatniego dwudziestolecia. Zaskoczyły mnie marmurowe tablice, z interaktywnym panelem. Nie wiedziałem, że matka natura zaczęła się interesować tak intensywnie branżą IT.
Podczas spacerku minąłem parę osób, które spotkałem na konferencji. Nie miałem czasu z nimi pogadać, ponieważ byłem w całkiem normalnym pośpiechu na pociąg.

Tym razem PKP nie zawiodło, pociąg miał opóźnienie. Podróż powrotna upłynęła w błogiej atmosferze nudy i sudoku. Atmosferę podgrzewała czasami pani, która do przechodzących pasażerów krzyczała, aby zamykali drzwi. Chodziło o drzwi automatyczne. Zapewne ta ich automatyka polegała na tym, że trzeba je było nauczyć jak otwierać i zamykać się. Niestety po kilku godzinach prób nadal nie udało się przyswoić tej wiedzy.

Poznałem wiele osób, chociaż co do niektórych to nawet nie wiem jak się nazywają. Rozmawiałem ze spikerami, wymieniliśmy sporo ciekawych spostrzeżeń. Z częścią z nich wymieniłem wizytówki. Zobaczymy czy coś z tego wyjdzie.
Przypomniałem sobie tajniki władania językiem angielskim. Mój sukces był na tyle duży, że tymczasowo zapomniałem o ojczystej mowie. Nawet na drugi dzień pod prysznicem myślałem do siebie po angielsku.

Z ciekawostek warto też wspomnieć o mojej nagrodzie. Chyba pierwszej od kilku lat (dlatego mam nieczystą ochotę pochwalenia się nią). Jest nią telefon Palm Pre Plus.
Wprawdzie otrzymałem go jako nagrodę (a może prezent?) w wyniku losowania, ale obiecałem, że wykorzystam go do poznania tajników tworzenia aplikacji na smartfony (w wypadku Palma mowa o HTML 5 i rzeczach związanych z tym językiem). Jeśli w jakiś sposób tego nie będę robić zobowiązuję się do przekazania tego telefonu komuś kto będzie chciał poznać technologię.

Pierwotnie na konferencję miałem nie jechać. Zasoby mojego portfela przekonały mnie, że może w następnym życiu będzie mnie stać na taką przyjemność. Na szczęście, dzięki wspaniałomyślności mojej firmy dostałem w prezencie bilety. Jeśli za rok odbędzie się coś podobnego to można być pewnym, że nic mnie nie powstrzyma i pojadę tam.

Jestem zdania, że brakuje w Polsce takich wydarzeń. Zjazd tylu osobistości na pewno wpływa na rangę imprezy, oraz daje szanse na wysoki merytorycznie poziom.
Zastanawiam się również nad tym, czy uda mi się zorganizować na podobne imprezy poza granicami Polski. Jeśli chodzi o rozwój to na pewno będą bardzo pomocne. Do tego zawsze jest ten czynnik ludzki, dzięki któremu pozostają o wiele lepsze wspomnienia.