Idziemy na jednego

Idziemy na jednego

Wesele to nie taka straszna sprawa. Zwłaszcza gdy jest się gościem. Jednak co jeśli impreza odbywa się w luksusowym hotelu, na stole jest o trzy szklanki za dużo i nie wiadomo, którego noża użyć do posmarowania bułki?

Były bankiety (dwa!), piękne zespoły (trzy!), kelnerzy akrobaci, pokazy, przedstawienia, przemowy. Byli ludzie z całego świata, politycy i my gbury.

I nagle odezwał się we mnie nieznany patriotyzm wiejski. Bo tak właściwie co mi po wykwintnej uroczystości gdy nie ma schabowego i kawy siekiery na stole? Dlaczego zostawia się menu skoro i tak wszystko zostało podane? Jak tu się bawić, gdy zespół nie zachęca do picia? Co zrobić kiedy wódka jest jedynie ozdobą?

Szybko wyśmiałem swoje wiejskie korzenie (w końcu jestem postępowy) i zacząłem dostrzegać możliwości uraczenia się potrawami o których nawet nie śniłem. Melancholię rozwiałem w oparach starego (dwudziestoletniego i paskudnego) koniaku. Przyszedł czas na tańce, zdjęcia i dobrą imprezę.

Mój wiejski problem okazał się być cennym zjawiskiem. Uświadomiłem sobie, że każdy powinien przeżyć taką uroczystość. Jest to jedna z tych historii, którą chętnie będzie się wspominać dzieciom.

I tak się jakoś złożyło, że byliśmy częścią tej pięknej bajki.