Urlop

Ktoś porzucił buta.. a może cnotę?


Przytrafił mi się, powszechny wśród ludzi pracy, urlop. Nie jestem fanem urlopów. Na jednym z nich porzuciła mnie dziewczyna, inny przeznaczyłem na sesję (którą zawaliłem). W większości wypadków urlop oznaczał straszliwą bezczynność (tak wielką, że brakowało mi na nią sił).

W tym roku, za sprawą pewnej marudzącej G., urlop był inny. Udało się wyjechać być na koncercie SOAD w Łódzkiej Atlas Arenie, wypocząć na Kaszubach, kozaczyć z muszkietem z czasów wojen Napoleońskich. Byłem świadkiem śmierci w trzech aktach. Dzień w dzień piłem piwo, grałem na konsoli i nie robiłem nic pożytecznego.

Tym razem nie było strasznej bezczynności. Była mała bezczynności, którą zapijałem/zwalczałem na różne sposoby. Po raz kolejny przekonałem się, że wstawanie rano się opłaca, a wyjazd do nudnego muzeum może okazać się całkiem przyjemną imprezą.

Przede wszystkim przekonałem się, że urlop nie musi być (aż tak) przerażający.


Jak widać blog uległ małemu (dużemu) przeobrażeniu. Obawiam się, że to nie ostatnia tego typu zmiana (ciągle poszukuję tego jedynego szablonu). Zapewne nikogo to nie obchodzi, ale dodałem również widżet Disqus, umożliwiający komentowanie moich wypocin. Enjoy!