Wyprawa na sushi, czyli jak kitajcom udało się przeżyć
Znajomy dawno temu zdobył na GroupOn kupon na sushi wart 100zł. Tak się jakoś złożyło, że poszliśmy razem. Ta oto krótka opowieść tyczy się mej walki z pałeczkami, sosem sojowym, oraz potwornym wasabi.
Po barze sushi spodziewałem się bardzo typowego (w mym skromnym, chamskim, mniemaniu) obrazka – Japończyka machającego wielkim nożem, krojącym ryby z prędkością małego tajfunu. Do tego drewnianego wystroju (nie pytajcie się dlaczego), oraz transcendentalnej ciszy, przepełnionej kontemplacją tego ciekawego dzieła kulinarnego. Japończyk okazał się polakiem, ogromny nóż chyba odleciał wraz z tajfunem. Ciszę zastąpiła klimatyczna muzyka, natomiast zamiast desek był nowocześnie urządzony (całkiem gustownie) lokal.
Jako laik z ograniczonymi zasobami portfela stwierdziłem, że zamówię zestaw, w którym liczba sztuk wymienionych porcji (dań, sushi?) będzie możliwie największa. W ten sposób wybrałem swój zestaw. Wraz z nim wybrałem tajemniczo brzmiącą herbatę ryżową. W oczekiwaniu na jedzenie odkryłem, że herbata smakowała jak drewno zalane wrzątkiem. Przynajmniej w moich wyobrażeniach tak ono smakuje.
To co ujrzałem na talerzu w pewien sposób mi zaimponowało. Wszystko ładnie ułożone, porządeczek, zachowana symetria itd. Ogólnie to “na oko” całość wyglądała dobrze. Przyszedł czas na konsumpcję. Nie chciałem wyjść na prostaka (przynajmniej nie na samym początku) dlatego postanowiłem skorzystać z pałeczek. W sumie to korzystałem z czegoś takiego po raz pierwszy. Opanowanie techniki zajęło mi jakieś 5 minut. Po tym czasie byłem w stanie trafić w kolejną porcję, jakoś ją chwycić i przenieść czym prędzej do ust. Za pierwszy cel obrałem sobie ryż z zielonym “czymś”, zawiniętym w czarne “coś”. Gdy mój język poczuł to niecodzienne danie to był tak jakby zachwycony. W momencie połykania odniosłem wrażenie jakby kamień spadał mi prosto do żołądka. Trzeba przyznać, że to było dość osobliwe uczucie. Wasabi w małej ilości było w stanie wypalić podniebienie, drewniana herbata nie była w stanie zaspokoić mego zapotrzebowania na płyny. Wszystko co zawierało w sobie ślady zielonego piekła zostało pominięte. Przed przyjściem do restauracji poważnie martwiłem się czy uda mi się najeść takim zestawem. Znajomy twierdził, że nie ma szans. Ja natomiast poprzysiągłem śmierć wszystkim Japończykom, jeśli nie zaspokoją mojego głodu. Wrażenia smakowe pozostały mieszane. Część z porcji mi smakowała, część nie. Paskudne wasabi skutecznie zabijało potencjalne walory smakowe, a herbatę następnym razem wykorzystam do stworzenia papieru. Zastanawiam się czy skuszę się ponownie na coś takiego. Wewnętrzny anioł podpowiada, że nie. Tasiemiec natomiast mówi, że chętnie by się wybrał na powtórkę. Tak oto zakończyła się moja dzisiejsza przygoda z sushi.
Po czarnym “czymś” przyszła pora na ryż zamoczony w pomarańczowych “kulkach”. Znajomy określił je mianem “kawioru”, także zakładam, że faktycznie to było to. Wrażenia były podobne.
Gdzieś tam jeszcze był spore kulki ryżu przykryte plastrem z łososia. Niestety nie były za dobre. Prawdopodobnie przyczyną tego był zielony dodatek – wasabi.
Okazało się, że tym jakże niepozornym z wyglądu jedzeniem najadłem się aż za bardzo. Azjatyckim braciom się upiekło, na szczęście nie będę musiał poświęcać swojego życia na kolejną krucjatę.
Cały czas mam wrażenie, że to co zjadłem to kamienie, a nie prawdziwe jedzenie.