Jestem na jakimś deptaku. Jestem i jestem, aż nagle widzę wychodzącego ze sklepu premiera Kaczyńskiego. Facet ma na sobie jakiś flanelowy koc, bo widać, że mu zimno jest (zdaje się, że zimę mamy). Podchodzę do niego, między nami wywiązuje się taka mała dyskusja:
- Pana brat jest fajnym prezydentem. Jest stanowczy, co mi się podoba. Mimo to nie lubię jak czasami ględzi o sprawach, które tak naprawdę go w ogóle nie dotyczą.
- Wiem, ma pan rację.
Gadamy sobie jeszcze chwilę gdy nagle zauważyłem samolot, który ze zwykłego toru lotu zaczął nurkować, znaczy się spadać. Po chwili widzę jedynie masę dymu. Patrzę w górę, a tam kolejny samolot dziwnie się zachowuje. Krzyczę do Kaczyńskiego “chodu! zamach kurwa jest!”. No i biegniemy, ja się zastanawiam czy dzwonić na 112 (przeca inni już mogli to zrobić). Dzwonię, zamiast jakiegoś komunikatu tekstowego, przywitania czy cuś słyszę techniawkę. Po chwili rozłączam się i kwituję to – “kurwa”.
Biegniemy dalej. Nagle mijamy podwórko na którym jest policjant stojący nad jakąś rozciągniętą plamą krwi. Kaczyński mnie zatrzymuje, mówi że z nim (policjantem) pogada. Okazuje się, że Kaczyński, to nie Kaczyński. To Putin, a ja jestem w Rosji! Gadamy sobie z tym policjantem. Mówi, że te jebane terrorysty dały o sobie znać. Po chwili widzimy nawet jak ktoś chce nas z rakiety ustrzelić.
Okazuje się, że to jakiś mały szczyl ma wyrzutnię rakiet rodem z filmów SF. Gnojka chciałem złapać, ale jego kamraci zablokowali mi drogę – próbowali zastrzelić mnie przy pomocy zwykłych fajerwerków.
Wróciłem na miejsce zbrodni. Putni nadal rozmawiał z policjantem. Ja natomiast wpadłem na szatański pomysł. Przecież jestem premierem Polski! Trzeba to było jakoś załatwić. Wyciągam telefon i dzwonię:
- Waldek? Słuchaj w Moskwie jest jakaś pieprzona masakra, musimy ją wykorzystać na naszą korzyść..
Dalszego końca nie znam, zbudził mnie telefon