Ciekaw jestem co pomyślała kobieta w sklepie gdy zobaczyła typa z przekrwionymi oczami, mamroczącego coś do siebie z głosem jakby był po konkretnej libacji. Przyłapałem się na tym (nie pierwszy raz), że idąc do sklepu, zaraz po tym jak się obudziłem, nie potrafię w miarę przejrzyście wyartykułować mojej zakupowej potrzeby. No i do tego te przekrwione oczy i tryb niekontrolowanego growlowania.
Zamieszanie związane z dzisiejszą akcją "Krzyż" bardzo mi się podoba. Jest to dowód na to, że ludzie jak chcą się zbiorą aby manifestować swoje racje. Nawet jeśli są one absurdalne. Jeśli fetyszyści krzyża mogą siedzieć i wykrzykiwać swoje racje to takie same prawa mają Ci co są już wkurzeni/zmęczeni całą sytuacją.
W sumie to również jestem zmęczony tym cyrkiem. Mała grupka ludzi narobiła takiego zamieszania, że dzięki nim w oczach zewnętrznych obserwatorów możemy wyjść na fundamentalistów. W imię czego? Uczczenia pamięci ofiar? Nie sądzę.
A jednak się udało. Dzisiaj wraz z przyjaciółmi jedziemy do Kuchar na wielki kurs medytacyjny z lamą Ole. W końcu będę mógł się przekonać jaki jest w rzeczywistości, oraz zweryfikować to co inni o nim mówią.
Wizja wyrwania się na weekend brzmi niesamowicie. Przyda mi się taka forma odpoczynku.
no to zaczynamy:
- PO ssie
- PiS ssie, nadal bardziej niż PO
- PSL z każdym się układa i każdemu pomoże
- o lewicy to coś niewiele, czy oni jeszcze istnieją?
PO mnie wkurza gadulstwem, a ciągłym brakiem konkretnych działań. PiS mnie wkurza swoim krzykactwem i równie małą, konkretną, aktywnością. O PSL i Lewicy nie będę nawet mówił, bo po prostu nie ma za bardzo o czym. Tak jakby tych partii nie było..
Jeśli w następnych wyborach (nie ważne czy parlamentarnych, czy prezydenckich) znajdzie się ktoś, kto powie, że nie będzie się zajmował lustracją, nie będzie ciągle wracał do tematów z czasu upadku PRL to ta osoba może liczyć na mój głos. Dlaczego? Parafrazując słowa pewnej książki (cholera nie pamiętam tylko jakiej), 'jesteśmy tak zapatrzeni na swoich przodków, że nie robimy nic innego'. Oczywiście Pan Wałęsa i cała jego banda ludzików z Solidarności nie są naszymi przodkami, ale ciągle wracamy do przeszłości, czy to kłócąc się o nią czy też podziwiając ją, a nic nie robiąc odnośnie przyszłości.
Słowem wstępu, a zarazem nawiązując do wcześniejszej notki musiałem chwilkę powalczyć z tym, żeby odpalić ten modem pod Linuksem. Podczas lektury wyników z googla naczytałem się o różnych sposobach typu usb_modeswitch. Tak naprawdę okazały się zbędne. Ten problem można rozwiązać na dwa sposoby.
wvdial
Osobiście wydaje mi się, że jest to najwygodniejsza opcja. Wystarczy prosty config (niżej zamieszczam), oraz jeszcze prostszy skrypt w bashu, który jest odpowiedzialny za połączenie i rozłączenie i to wszystko. Rozłączanie jest tym bardziej zabawne (jak dla mnie), ponieważ wystarczy ubić proces wvdial, a ten (wyłapując odpowiedni sygnał) wszystko ładnie po sobie posprząta.
Muszę jeszcze dodać, że aby wszystko działało muszę tworzyć ręcznie interfejs ppp, poleceniem "mknod /dev/ppp c 108 0".
Niestety wvdial służy tylko i wyłącznie do ustanawiania połączeń. Modem ma nieco większe możliwości (chociażby wysyłanie/odbieranie smsów, książka adresowa, no ale pewnie to zasługa karty sim w środku :)), których w ten sposób nie obsłużymy. Z drugiej jednak strony nie wiem czy to jest specjalnie do czegoś potrzebne.
Dzisiaj dopełniłem ostatnich formalności. W dzień moich dwudziestych urodzin, zamiast świętować wybiorę się na zajęcia. Jeśli tym razem coś nie wypali to raczej nie będę wracał na Politechnikę Gdańską.
Dzisiaj przeczytałem bardzo fajny artykuł w magazynie Focus - 'Cywilizacja niecierpliwości'. Artykuł dał trochę do myślenia, jednak jak się nie zastanowić to łatwo można dojść do podobnych wniosków. My, jako cywilizacja, sami się wpędzamy w ciągłe gonienie w tą i z powrotem, ale tak naprawdę to nie wiadomo po co. Ciągle szybko, bo jak się zwolni to coś złego się wydarzy.
Z mojej strony do tego procederu jest niesamowita niechęć. Zawsze byłem powolnym człowiekiem, lubię robić rzeczy bez zbędnego stresu. Obiady też jem najwolniej z całej rodzinki, bo w sumie to po co mam się spieszyć? Nawet fast-food'a z McDonalda zjem sobie powolutku, kiedy inni to wepchną to w siebie i szybko znikają. Niestety najgorsze jest to, że przez to, że wszystkim ciągle wszędzie śpieszy się ja sam muszę za innymi gonić. Szkoda, naprawdę szkoda.
Myślę, że najlepiej całość obrazuje ten fragment tekstu z artykułu:
Oczekiwanie przestało być przyjemne. Nawet w czasie wakacji liczy się to, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej i wypocząć jak najintensywniej. Pamiątki to setki cyfrowych zdjęć, na których oglądanie nie mam potem czasu.
BTW, czy zauważyliście, że ostatnio coraz więcej osób (nawet starszych) 'jedzie' na dopalaczach w stylu RedBull ?
Niestety temat, o którym nie chcę mówić powrócił. Mowa o moich nieszczęsnych studiach, o których to nie chcę rozmawiać z własną rodziną. Niestety po raz kolejny czuję się porównywany do własnego rodzeństwa i stawiany do wyścigu szczurów, w którym nie chcę uczestniczyć. Od początku wiedziałem, że wrócę na studia (po tym jak zrezygnowałem), ale nie byłem do końca pewien gdzie. Oczywiście opcją była moja znienawidzona PG, ale tym razem w trybie zaocznym (nie chcę rezygnować z dotychczasowej pracy). Ok, plan był, możliwości finansowe jako tako też. Znałem przedział cenowy za semestr, okazało się, że źle go znałem. O cenach mówił mi znajomy, który aktualnie siedzi na którymś roku zaocznych studiów na PG. Okazało się, że do jego kwoty muszę dodać ~400zł, także już za dużo jak dla mnie.
Mogłem pokazać panom z PG środkowy palec, ale tego nie zrobię. Okazuje się, że moja rodzinka, tak chce mnie wspomóc, że jedyną opcją jest politechnika, bo inne uczelnie nie. Plus taki, że finansowo mnie wspomogą. Minus taki, że znowu jestem pod kloszem, a moje zdanie specjalnie się nie liczy. Chyba mam być spełnieniem oczekiwań rodziców, oraz godnym naśladowcą własnego rodzeństwa. Niestety problem jest taki, że nikt z nich nie chce zrozumieć, że moja chęć do kontynuowania nauki skończyła się wraz z rezygnacją ze studiów. Może to przez lenistwo, ale i tak jestem zdania, że to co się na nich nauczę nie przyda w tym co będę chciał robić.
Jest jeden problem - papier, który ponoć zapewni mi dobrobyt, szczęście i masę innych bajeranckich rzeczy (w tym stadko pięknych kobiet). Jakoś nie jestem przekonany do jego znaczenia. Tym bardziej, że uczelnie do zawodu słabo przygotowują (ostatnio masa artykułów w lokalnym Metrze na ten temat).
Przyznam się, że nie spodziewałbym się, że wokalistka zespołu rockowego/metalowego Sharon den Adel zagra w kawałku hmm.. klubowym. Szczerze mówiąc bardzo mi się spodobało i jestem pod miłym wrażeniem.
Kolejny przykład, że są ludzie, którzy dobrze czują się w różnych gatunkach i nie mają problemu z tym, żeby odejść od normy i zagrać coś innego.
Odkąd mieszkam sam w wynajmowanym mieszkaniu (a konkretniej to tylko pokój, ale i tak sens ten sam :) ) to poczułem nagle jakąś chęć przynależności. Wiadomo, móc się z kimś identyfikować i wiedzieć, że jest grupa ludzi, która dzieli te same zainteresowania i nigdy się nie nudzi będąc razem. Ostatnio zastanawiałem się, gdzie mógłbym się wpasować, biorąc pod uwagę różne typy subkultur i jakiś około-podobnych grupek.
Może zacznę od tego co mi, aktualnie, najbliższe - ludzie z branży, czyli (tak ładnie to ujmę) informatycy. Bardziej ludzie określani jako geek (przynajmniej Ci znajomi), no ale pozostanę przy tych informatykach. O dziwo nie będę tutaj mówił o ludziach z pracy, ale o tym za chwilę. Hmm czy tutaj bym pasował? Dla większości znajomych zapewne tak. Wiadomo, siedzę przed kompem, znam słowa, których większość przez całe życie nie usłyszy. Jednak w czym problem? Miałem okazję wybrać się na trójmiejskiego Poolcampa. Inicjatywa fajna, bo fajnie przejść się i z ludźmi, w sumie obcymi, pograć. Szkoda tylko, że część poza tematami spoza świata IT miała problem w ogóle rozmawiać. Pierwsze pytania jakie padały to coś w stylu 'jaki masz system, o Linux, a jakie distro ?' itd. Trochę zbyt sztywne to to, dlatego siebie tutaj nie widzę. Wprawdzie później rozmowa się rozluźniała ale i tak była bliska tematom IT.
Film dokładnie w tym stylu w jakim się spodziewałem. Miałem wyobrażenie, że to będzie coś w stylu trylogii Bourne'a i się nie myliłem. Mamy pana rozpierdalatora, który (jak na rozpierdalatora przystało) robi ogólny rozpiździel. Na szczęście nie było scen w stylu 'lecę 100m samochodem, ląduję na płynącym statku, wyłaniam się z pożogi i zabijam uśmiechem'. Na szczęście była szybka, dobra akcja.
Spodobała mi się rola pana rozpierdalatora, który grał osobę cholernie zdeterminowaną. Podobało mi się, że nie było jakiś rozterek typu 'co ja teraz zrobię?'. Spodobało mi się właśnie to, że tatuś po prostu wiedział co ma zrobić i konsekwentnie to wykonywał nie bacząc na to jakie zamieszanie spowodował.
Szkoda tylko, że kolo potrafił wybić 10-15 facetów, a przy okazji nie dostać ani jednego siniaka. Dopiero pod koniec troszkę mu się oberwało..
Mimo wszystko polecam ten film, bo jak dla mnie to było naprawdę fajne kino akcji. Coś co można obejrzeć i nie żałować, że się wydało pieniądze na bilet do kina.