Kawałek "They say" można odsłuchać na stronie projektu (ps dla UNIX'owców - "wget http://www.scarsonbroadway.com/scars.mp3.php -O scars.mp3"). Ciężko mi oceniać ten kawałek, jednak jestem zdania, że nie jest przesiąknięty SOADem. Mimo wszystko pozostawię to do Waszej oceny, mnie osobiście kawałek przypadł do gustu. Nie mogę się doczekać wydania płyty. Dla zainteresowanych w dalszej części notki dorzucam tekst piosenki.
Zacznę od toreb. Ostatnio w Gdańsku widzę coraz więcej osób z taką fajną torbą "eko". Zrobiona z materiałów przyjaznych środowisku itd. Fajnie, naprawdę fajnie. Cała inicjatywa mi się podoba i miło widzieć coraz więcej osób z tą torbą. Mimo tej fajności jest dla mnie jeden (jak to mówi szef) "myk". Ludzie kupują/biorą (nawet nie wiem czy za free, czy nie) te torby z jednego powodu. Ja bym go nazwał próbą zadowolenia własnego ego, że są niby ekologiczni i dbają o przyrodę. Owszem, dzięki temu dbają o przyrodę, ale pewnie cała reszta dotycząca jej ochrony ich serdecznie wali i tyle.
Odnoszę wrażenie, że podobnie jest z Tybetem. Osobiście ubolewam, że taka spuścizna duchowa może zostać zniszczona przez Chiny. Od dawna mówię, że jeśli płacze się z powodu cierpienia ludzi w kraju x to niech równocześnie płacze za wszystkich tych co cierpią w Afryce/Brazylii i całej reszcie świata. Teraz płaczemy nad Tybetem. Świat głosi wielkie hasła o tym, że trzeba zmienić dyktaturę w Chinach, zbojkotować olimpiadę. Problem w tym, że to tak naprawdę nic nie da. Nic nie da z prostego względu, my wiemy, że to jest złe i trzeba coś zrobić. Problem jest taki, że propaganda w Chinach działa na tyle sprawnie, że Chińczycy są przekonani, że Tybet chce należeć do tego kraju, a wszelkie zamieszki to sprawka Dalajlamy. My sobie możemy krzyczeć, możemy próbować zwrócić uwagę całego świata. To i tak niczego nie zmieni. To naród chiński musi zrozumieć, że trzeba podjąć działania i obalić dotychczasową władzę.
Możemy sobie podbudować nasze ego okrzykami o wolność Tybetu. Mnie osobiście zależy na tym, aby ten region pozostał wraz z całym swoim dobytkiem. Niestety nie przyłączę się do głośnych demonstracji. Nie zrobię tego choćby z tego względu, że musiałbym również iść walczyć o prawa człowieka w Afryce, musiałbym walczyć o uznanie mordu na Ormianach przez Turcję jako ludobójstwo (Turcja zaprzecza temu, żeby dopuściła się czegoś takiego). Ogółem musiałbym jednocześnie walczyć o każdego człowieka, któremu źle się dzieje. Inaczej okażę się hipokrytą, próbując ratować jednych, a o losie innych zapominać i go olewać...
Dzisiaj przyszedł do mnie znajomy. Przyszedł z dwoma laptopami i kablem ethernetowym. Jeden laptop miał Vistę, drugi XPka. Chodziło o to, że nie szło stworzyć lokalnej sieci. Spędziłem jakieś 2 godziny. Wiecie co udało mi się w tym czasie zrobić ? Jedynie tyle, że kompy połączyłem bezprzewodowo, ale udostępnianie na żadnym z nich nie działało..
Co więcej, okazało się, że zajebistość Visty nie pozwala na tworzenie sieci kablowych. W XPku było coś takiego jak "stwórz sieć domową". W Viście jest jedynie odpowiednik dla sieci bezprzewodowych... Żeby było zabawniej oba kompy po podłączeniu kabelka wykrywały siebie, z tym, że XP twierdził, że nie ma dostępu natomiast Vista ubolewała o jakiś problemach i zalecała odłączenia kabla (sic!?).
W ogóle stwierdziłem, że na chuj temu systemowi (mówię teraz o Viście) coś takiego jak "napraw problem", kiedy to gówno pomyśli chwile i stwierdzi, że nic nie potrafi. Faktycznie, naprawdę to nic nie potrafi...
Gdyby ktoś się czepiał, próbowałem stworzyć tą sieć ze strony XPka, niestety ten z kolei miał jakieś bóle związane z sieciówką (że coś jest be). Po prostu brak mi słów.
Co ciekawe, gdy już są problemy to po prostu dupa zbita. Nie byłem w stanie ani trochę się rozeznać z tych systemowych errorów.. Mówią Linux straszny bo terminal. Ja przynajmniej wiem co go wtedy boli (zazwyczaj pokaże błędy, które łatwo można zrozumieć/wyszukać). Windows (przynajmniej Vista) jak pokaże błąd to albo się ciąć albo do serwisu od razu biegać. Ja pewnie jako ZU robiłbym to drugie nader często..
Czasami miewam takie przebłyski, że najpierw oglądam ostatnią część jakiejś serii filmów, po czym dopiero cofam się i oglądam po kolei od początku tą serię. Podobnie jest z filmem Rambo. Już obejrzałem najnowszą część "John Rambo", a w ostatnim tygodniu na ogień poszedł "Rambo First Blood I/II".
First Blood part I
Muszę przyznać, że dość pokręcona była pierwsza część. John Rambo, weteran wojny w Wietnamie, szwenda się po USA i nie wie co zrobić. Wszyscy jego przyjaciele zginęli itd.. W końcu trafia do miasteczka, w którym pewien zakichany policjant nie okazuje Johnowi należytego szacunku (no bo poza tym to w zasadzie koleś ma się za lokalnego boga, ale to szczegół), źle dla niego. Rambo na posterunku nieźle obrywa i już ma być zamknięty w celi. Nagle dostaje przebłysku z Wietnamu i po prostu ucieka (oczywiście robiąc mały chaos).
Sceny niczym z jakiegoś filmu s-f. Rambo nie chce się dać zamknąć w celi, ucieka i w okolicznych lasach skutecznie obezwładnia wszystkich policjantów próbujących go odnaleźć. Co ciekawe, ginie tylko jedna osoba. Do rangi absurdu doszła rozpierducha w mieście jaką urządził główny bohater. Przyznam, że to mnie wyjątkowo ubawiło.
Rambo powraca. Wprawdzie obejrzałem tylko pierwszą (a może drugą?) część, postanowiłem zrobić "skok" i obejrzeć to najnowsze dzieło. Dopiero za drugim razem (tak dzisiaj oglądałem ten film po raz drugi) załapałem, że to jest film w reżyserii samego Stalone'a...
Z tego co pamiętam pierwsza część była zdecydowanie dłuższa. Tutaj natomiast mamy ledwie film, który trwa jakieś półtora godziny i tyle. Jeśli chodzi o fabułę, to raczej kiepska jest. Wielki John ugina się woli kobiety, prawdopodobnie się w niej zakochuje. No cóż, cały wątek miłosny na tym się kończy. Wielki men raczej nie tuli kobiet, a tym bardziej ich nie całuje. Jeśli w ogóle cokolwiek całuje to pewnie wojnę i to w sam środek jej wielgachnego zadka. Podobnie było i w tym wypadku.
Mamy okazję zobaczyć juchę, masę krwi, wszechobecne flaki, flaczki. Ludzie giną na różne sposoby (a giną ich dosłownie setki). Myślę, że terroryści mieli by się z czego uczyć. Muszę jednak przyznać, że IMHO został zachowany jakiś realizm i w zasadzie nie ma jakiś przegięć typu "zabił gościa marchewką" (serio ostatnio oglądałem takie coś). Obrazy są brutalne, ale myślę, że o to chodziło. Miała zostać pokazana brutalność wojny, została ukazana IMHO bez zbędnych ubarwień.
Poza tym to John jeszcze bardziej niż dawniej krzywi się. Jako ciekawostkę można uznać to, że przeżywa więcej osób niż sam John. Zazwyczaj w takich filmach wszyscy giną, a przeżywa główny bohater. Spodobało mi się to, że poza nim jeszcze inni (nie powiem kto;p) przeżyli. Jeśli nie dla (słabej) fabuły to dla masakry polecam obejrzeć, może niekoniecznie w kinie.
Fajna sprawa. U wielu osób, które są w stanie "in love" (pewnie w większości u facetów) można zauważyć emocjonalne cofnięcie o 600lat. Osoby, nawet te poważne (ofc mówię o tych, które znam), potrafią odstawić takie szopki jak napis "Kocham Cię xxx" pod zdjęciem ukochanej w jej galerii w Naszej-Klasie. Jak nie tam to w komentarzach na jej blogu/etc.
So lame, chciałoby się rzec. Ja w moim poprzednim związku podobnie się zachowywałem. Czasami miewam nawroty choroby i moja ukochana jest zaskoczona spontanicznym i często wylewnym powtarzaniem tych dwóch słów, choć nie robię tego teraz w ten sposób. Już nie piszę bzdurnych i dziecinnych komentarzy, w takie rzeczy nawet pięciolatki się nie bawią. Chcesz swojej drugiej połówce powiedzieć, że ją kochasz? Zrób to podczas rozmowy (nawet przez szatańskie i pogańskie gg), ale nie płaszcz się i nie pisz takich rzeczy w komentarzach na jakiejś stronie. To jest po prostu płytkie...
Myślę, że warto o tym napisać. Niestety mój pierwszy semestr studiów można spokojnie określić mianem "epic fail". Nie zaliczyłem ani jednego egzaminu (teoretycznie jeszcze do końca marca mam dopytkę), dlatego też postanowiłem zrezygnować. Wprawdzie mogę spokojnie przejść (pod warunkiem zaliczenia tej dopytki) na kolejny semestr, ale nie podoba mi się wizja poprawiania zaległych egzaminów + tych co będą na kolejnym semestrze.
Wielu teraz mogło by powiedzieć, że straciłem pół roku. Możliwe, lecz ja się i tak cieszę. Poznałem ciekawych ludzi, dowiedziałem się wielu nowych rzeczy. Już wiem jak później sobie poradzić. Myślę, że następnym razem nie zrobię podobnego błędu.
W związku z tymi zaległymi egzaminami kombinowałem z tym co zrobić. Ostatecznie wyszła myśl, żeby jakoś podbić legitymację studencką, a drugi semestr olać (wiadomo - zniżki ;p). Rozmawiałem nawet z pewnym prawnikiem (znajomy siostry), który zasugerował dziekankę zdrowotną. Pomysł fajny, szkoda tylko, że ten jełop (bo jak można inaczej nazwać prawnika co sugeruje takie rozwiązania?) zasugerował, że muszę "zdobyć" papiery o mojej chorobie.. Myślę, że więcej nie muszę tłumaczyć..
PS. złożyłem podanie z prośbą o przeniesienie na pierwszy semestr kolejnego roku akademickiego.
Legitymacji nie będę miał podbitej, ale postaram się o inny sposób na zniżki. Znajomy z grupy (był w podobnej sytuacji) właśnie z tego rozwiązania skorzystał i sam poszedł do pracy. Wszystko ze strony prawnej jest legalne (jego ojciec jest inspektorem pracy) także nie byłoby się o co martwić.
Moja mała teoria znalazła dziś potwierdzenie w nauce. Nie wiem dlaczego, ale cisną mi się słowa kawałka "Science" SOADa..
Making two possibilities a reality, Predicting the future of things we all know, Fighting off the diseased programming Of centuries, centuries, centuries, centuries.
Science fails to recognize the single most Potent element of human existence letting the reigns go to the unfolding Is faith, faith, faith, faith.
Masz wyłączone Java-Script, aby korzystać z pełnych (hehe dumnie brzmi) możliwości strony proszę włączyć obsługę JS
radmen's weblog - online
Praca
Miniblog
Co z Tybetem?
Tak się zastanawiam - co się stało z wszelkimi akcjami wsparcia dla Tybetu? Raptem na paru stronkach widzę jakieś obrazki "Free Tibet", a poza tym cisza. W mediach nic, na ulicy nic. Tak chciało się Wam ratować Tybet ? Przez miesiąc krzyczeć, a później zapomnieć ?
No i znowu to samo. Za każdym odpaleniem nowego FF3 dostaję komunikat, że nie może otworzyć strony. Powód? Włączony tryb offline, który zawsze się włącza po restarcie. Po raz kolejny przechodzę do cięższego FF2, który mi nie robi takich jaj. Tyle jeśli chodzi o testowanie kolejnej wersji nowego Liska.