Po aktualizacji systemu padł dźwięk. Niby nic, zdarzy się czasami. Mijają dwa tygodnie i nadal dźwięku nie mam. Nie znalazłem rozwiązania w sieci (a przejrzałem naprawdę sporą liczbę forów i rozwiązań). Zastosowałem "pierdyliard" sugestii innych użytkowników mających "podobny" problem. Nadal nic.
Miarka się przebrała. Przez te lata dzielnie znosiłem braki w oprogramowaniu, dziwności niektórych rozwiązań systemowych. Wszelkie błędy udawało mi się poprawić. Teraz mam po prostu dość. Wkurzył mnie fakt, że zwykła głupia aktualizacja systemu wywaliła mi dźwięk (siedzenie w ciszy jest mega wkurzające). Nie znoszę sytuacji, kiedy coś po prostu przestaje działać ("przestaje działać" w sensie, że logi milczą, a błędów po prostu nie ma). W zasadzie nadszedł czas aby wrócić do Windowsa.
Tam przynajmniej nie będę miał problemów z tym żeby hibernacja/uśpienie systemu działała prawidłowo. Będę w stanie odpalić to co jest mi potrzebne, a do codziennych zadań będę mieć to samo co używam aktualnie na Linuksie.
W zasadzie od dzisiaj rozpoczynam plan migracji. Trzeba przenieść dane na zewnętrzny dysk (który przy okazji kupię), zorganizować legalną kopię Windowsa (pewnie z MSDN), wgrać i korzystać.
Jedynym ratunkiem dla mojego Archa będzie jakaś nowa aktualizacja systemu, która naprawi moje szkody w taki sam sposób w jaki je wyrządziła.
Minął już rok. Nawet więcej. W tym czasie przejechałem swoim samochodem ok 13 tys. kilometrów. Dla mnie wydaje się to być jakąś nierealną liczbą, ale z drugiej strony nie jest to wynik powalający.
Po tym czasie (nadal trzyma mnie wątek wspomnieniowy) troszkę chce mi się śmiać z efektów mojego wielkiego planu.
W planach było zakupienie malutkiego samochodu (ew nieco większego). Spis "wybrańców" był, a ostatecznie wyszło na to, że zakupiłem niepozornego Opla Astra.
Mamy już wrzesień. Czuję coś w rodzaju luki pomiędzy wydarzeniami z początku roku, a dniem dzisiejszym. Doskonale pamiętam spędzonego sylwestra, oraz późniejsze przeboje emocjonalne związane z rozstaniem.
Pamiętam dzień kiedy pojawiłem się po raz pierwszy w ośrodku buddyjskim, oraz imprezę na którą po raz pierwszy (od długiego czasu) poszedłem sam.
Później to działo się niewiele aż tu nagle spotykam w wakacje wspaniałą kobietę i wszystko znowu przyspiesza. Wybieram się na przedziwne imprezy. Biję się przyjacielsko po mordzie z Nordami. Odbudowuję swoje zdrowie emocjonalne, aż tu nagle mamy wrzesień! Kiedy ten czas upłynął?