Przypadek

Wyobraź sobie taką filmową akcję. Idziesz na zakupy. Jesteś w markecie. Na przekór losu w tym samym markecie znajduje się TA osoba*. Oczywiście nic nie wiesz o tym i robisz swoje zakupy. Po jakimś czasie z pełnym koszykiem idziesz do kasy. Jesteś na ostatniej prostej. Na tej samej prostej jest TA osoba. Jednakże w ostatniej chwili przypominasz sobie, że musisz jeszcze kupić kilogram bułek i te zajebiste gacie, które były na wystawce. Gwałtownie skręcasz w jedną z bocznych uliczek. W tym momencie za twoimi plecami przechodzi TA osoba i po prostu cie mija.

Właśnie minęła cię naprawdę trudna sytuacja jaka by wystąpiła gdybyście się spotkali. Być może dzięki temu przypadkowi udało ci się uniknąć niepotrzebnej kłótni, lub śmierci. Być może z tego powodu straciłeś przyszłą miłość życia, lub rozmowę z przyjacielem sprzed lat.

Teraz wyobraź sobie, że takie coś może Cię spotkać na każdych zakupach, na które idziesz. Niech ta schiza towarzyszy Ci przy każdych zakupach.

* TA osoba – odwieczny wróg, teściowa, kochanka, dziwka z poprzedniej nocy, przyjaciel. Ewentualnie dostawca pizzy lub tanatopraktor

A propo ACTA/SOPA/PIPA

Internetowe akcje protestacyjne (nie mylić z Anonymous) są warte mniej więcej tyle co założenie “Solidarności” w Simsach. No sami powiedzcie – jaki wpływ na życie może mieć wirtualny protest?

Prawda nas wyzwoli

Można powiedzieć, że wychowałem się w kulturze hackerskiej. Dążenie do Prawdy było jednym z celów jakie chciałem osiągnąć. Polegało to głównie na tym aby zdobywać wiedzę. Widzę, która pozwalała wykradać fragmenty Prawdy z miejsc, do których normalnie dostępu nie było. Hackerem nigdy nie zostałem, ale Prawda od tamtych lat zawsze mi towarzyszy. Jest kochanką, tajemnicą, czymś niezgłębionym i zawsze szalenie interesującym.

Jest też szmatą, mniejszością, archaizmem. Przez ostatnie lata prawda przestała być ważna. Nie mówię tutaj o mnie, lecz o tym co się dzieje w świecie. Wszyscy walczą o prawdę, ale walczą o swoją wersję prawdy. Właściwie to ta jedyna Prawda przestała mieć znaczenie. Owszem, istnieje. Jest z nami i nigdy nas nie pozostawi. Jednakże Prawda jest mało atrakcyjna. Nawet jeśli ktoś będzie miał okazję ujrzeć tę piękną kobietę to jedyną reakcją będzie jej dokładne “obczajenie” po czym uwaga zostanie zwrócona na piękniejsze kobiety.

Śmiem twierdzić, że większość działań, które podejmujemy wcale nie jest spowodowana dążeniem do poznania Prawdy. Bardzo dobrym przykładem jest słynny już Smoleńsk. Chcemy poznać Prawdę? A kogo ona obchodzi? Lepiej wykorzystać kłamstwa krążące wokół niej tak aby zyskać jak najwięcej. Co nam da poznanie Prawdy. Co ono zmieni? Zmieni? Naprawdę zmieni? Naprawdę wierzysz w to, że Prawda którą poznasz sprawi, że system się załamie? Serio?

Kiedyś wierzyłem, że tak będzie. “Prawda was wyzwoli”. Kiedyś, gdzieś usłyszałem taką ładną sentencję. Poznałem fragmenty Prawdy. Każdy z nas może je poznać. Na przykład Prawda dotycząca Monsanto. Och ironio, prawda, że jest to szokujące? Tą Prawdę zna wielu (sądząc po oglądalności na YT to mowa o co najmniej 165 tys. osób). Uratowała ona ofiary tej korporacji? Doprowadziła do zapaści firmy i skruchy managerów? No właśnie, nic się nie zmieniło.

Prawda jest tylko jedna. “Prawd” są tysiące. Są one osobiste, spersonalizowane. To są kłamstwa, które poparte dobrymi argumentami mają pozory prawdy. Niewielu poszukuje Prawdy. Nawet jeśli ją znajdą to pozostanie ona czysto osobista. Dla innych będzie kłamstwem, a dla Ciebie będzie najważniejsza, bo jedyna i prawdziwa. Poznasz ją i zrozumiesz, że nie ma już potrzeby przekazywania innym, bo zostanie odebrana jako kłamstwo.

W świecie relatywnym wszystko jest kłamstwem. Jeśli jakakolwiek Prawda ma nas wyzwolić to tylko ta absolutna. W jej odnalezieniu nie pomogą nam żadne komisje, detektywi ani media. Musimy ją odnaleźć sami. Najpierw musimy odnaleźć naszą Prawdę świata relatywnego, aby zrozumieć, że jest coś bardziej rzeczywistego niż to do czego dążyliśmy.

Prawda, że to jest skomplikowane?

Coś się kończy, coś się zaczyna 2011

Zbliżający się Noworodek 2012 nadszedł wykopując na emeryturę dziadka 2011. Wraz z tym wydarzeniem, skończył się kolejny etap w życiu. Tak na prawdę żaden etap się nie zakończył, bo takiego nie planowałem. Po prostu koniec roku jest dobrą okazją aby podsumować to co się wydarzyło.

A wydarzyło się całkiem sporo. Do zdecydowanych faworytów 2011 można zaliczyć wymarzony koncert SOAD, oraz najmniej spodziewana akcja tego roku – wakacje w Hiszpanii. Nie spodziewałbym się aby w jednym roku wybrać się na dwa całkiem spore wypady zagraniczne. Dzięki temu udało się trochę odetchnąć od lokalnej rzeczywistości, oraz wzbogacić o kolejne, naprawdę dobre wrażenia.

Jednakże ten rok nie należał wyłącznie do wyjazdowych. Był to także rok koncertowy. Jelonki, SOADy, Happysady, Acid Drinkersy i inne. Wszystko to w atmosferze szalonego pogo. W pamięci pozostaną wszelkie siniaki, nastawione kręgosłupy, zadrapania oraz zakwasy w okolicy szyi. Będę pamiętać tą niesamowitą energię jaka towarzyszyła podczas tych koncertów. Na pewno będę chciał to przeżyć raz jeszcze.

2011 to czas małych chwil przyjemności. Zacieśniania więzi z nowymi przyjaciółmi, radości z odnowienia dawnych znajomości. Wspólne imprezy małe i większe. Radość wywołana chwilami szczęścia bliskich. Odrzucałem wszelkie chwile nieprzyjemne, a z tych dobrych starałem się wycisnąć najwięcej jak się da.

Nie zawsze to się udawało, jednakże chwile słabości były rzadkością. Były zwątpienia, żale i inne smuty. Było nieciekawie, a czasami niespokojnie na tyle aby poważnie zastanowić się nad tym co dalej zrobić aby nie wpaść w większe kłopoty. Bywało źle.

To wszystko przyczyniło się, że dzisiaj jestem tym kim jestem. Wzbogaciłem się o nowe doświadczenia, zdobyłem sporo dobrych wrażeń. Z tych złych wyciągnąłem lekcje. Teraz to właściwie również się z nich cieszę. Każda sytuacja (nawet jeśli nie do końca mi odpowiadała) nauczyła mnie czegoś nowego.

Niestety nie udały się wszystkie plany. Niektóre zawaliłem z powodu lenistwa. Inne upadły z powodu braku czasu. Mimo to wiele rzeczy udało się wykonać. Są to rzeczy małe i większe. Takie małe zwycięstwa na wojnie toczonej z życiem ;)

Nie wiem czy na ten rok będę sobie spisywać cele. Myślę, że pozostają mniej więcej takie same jak wcześniej:

  • być bardziej zajebistym
  • być pożytecznym dla innych
  • pisać jeszcze bardziej zakręcone notki na blogu
  • ciągle rozwijać się zawodowo
  • spędzić wakacje poza Polską
  • w ogóle korzystać z każdej chwilii
  • równocześnie znajdować czas na rzeczy ważniejsze i bardziej trwałe niż wszystko wymienione wyżej

Z tym oto (jak zwykle) suchym podsumowaniem roku rozpoczynam nową (równie sztuczną) epokę swojego życia. Oby ten rok wyglądał dokładnie tak samo jak jego początek.

2011/2012

Miało być spokojnie. Było, lecz z przebojami. Miało być nudnie. Było nader ciekawie. Zaczęło się od Jengi, zakończyło na interwencji policji. Miałem również być pijany. Kac nie nadszedł, a próba bicia alkoholowego rekordu skończyła się na dwóch i 1/3 piwa. Tak można skrócić sylwestra 2011/2012.

Impreza sylwestrowa była idealnym podsumowaniem roku 2011. Wszystko było nie tak jak powinno. Wszystko było dokładnie tak jak być powinno.

Jakkolwiek to brzmi pozornie banalna impreza była bardzo udana. Nowy rok przywitaliśmy śpiewająco pogując na plaży. Oby tak dalej!

Myśl nieokiełznana: syreny

W święta udało mi się obejrzeć najnowszą część Piratów z Karaibów. W tej części udało się ulokować takie cudowne stworzonka, z którymi nie wiadomo co robić (ni to zjeść, ni to wykorzystać). Mowa o syrenach.

W filmie zostały przedstawione jako piękności z rybim ogonem zamiast nóg (przecież tak wygląda syrena, nie?). Ciekawe było natomiast to, że gdy taka syrena dotykała ziemi od razu traciła ogon. Właściwie to ten ogon się rozpuszczał odsłaniając zgrabne nogi. Po ponownym kontakcie z wodą ogon wracał, umożliwiając stworzeniu zgrabne popierdzielanie w wodzie.

No i mnie naszła taka rozkmina. Co się wydarzy, jeśli syrenka chodząca po ziemi (czyli w teorii nie powinna mieć płetwy) nagle się podnieci i zrobi jej się mokro między nogami?

Przepis na utrzymanie popularności zespołu

Od wielu lat czytuję komentarze pod materiałami wideo. Można powiedzieć, że robię to prawie profesjonalnie (wraz z całą otoczką rytuału przystąpienia do czytania komentarzy).
Przez te wszystkie lata czytania tych komentarzy wytworzyła mi się jedna rada dla zespołów: nigdy, przenigdy nie zmieniajcie wokalistów.

Nigdy.

Nawet jeśli nowotwór zniszczy mu krtań.
Nawet jeśli alkohol sprawi, że struny głosowe nie wrócą do dawnej kondycji.
Nawet jeśli umrze (pozostaje wybór – grać bez wokalu, lub wskrzesić).

Nie wolno zmieniać wokalistów. Jeśli tak się zrobi to traci się starą gwardię fanów, a nowych już nie będzie za wielu, bo się naczytają że dawniej było lepiej.

Pimp da lajf

Pamiętam, że 7 lat temu byłem zachwycony programem o nazwie “Pimp my ride“. Wszystkie te ekrany telewizorów, konsole, pralki, głośniki i inne badziewia wydawały się być naprawdę fajne. Po każdym odcinku marzyłem o tym aby mieć w zagłówku ekran LCD, a w bagażniku ukrytą konsolę. Marzyłem o tym, żeby wrzucać pranie do samochodu, a wieczorami rozpalać kominek w bagażniku. Pragnąłem również posiadać tą zajebistą kanapę, na której mógłbym sobie leżeć w czasie jazdy samochodem.

Wtedy było to bardzo fajne. Fajne, ale również bezużyteczne. Przerobione samochody często nie posiadały bagażnika, a ekrany w zagłówkach były przeznaczone dla kierowców jadących z tyłu. Wszelkie bajery były tak naprawdę zbędne.

Jednak z punktu widzenia programu sprawa była prosta. Przerobiony samochód ma się świecić, powalać ekstrawagancją i być unikalnym rozwiązaniem. Monitory i konsole były ważne aby pokazać przepych, wszelkie dodatki niestandardowe (wanna, kominek, etc) były po to aby pokazać, że da się zrobić. Wszelkie dodatkowe prezenty były przejawem tego, że raper też człowiek i serce (i gotówkę) posiada.

Tak jak wspomniałem problem tylko w tym, że to wszystko jest tylko pozorne. Siedem lat temu myślałem, że te wszystkie rzeczy były naprawdę potrzebne. Teraz wiem, że to był tylko bajer, który nie przynosił żadnego pożytku.

Paradoksalnie dochodzę do wniosku, że teraz jest podobnie. Sztucznie kreuje się nasze potrzeby. Sami chwalimy się tonami bezużytecznych (w codziennych sytuacjach) gadżetów, jednak cieszymy się z ich posiadania. Mamy błyskotki, które przestają świecić po pierwszym użyciu, ale ważne, że chociaż raz się zaświeciły.

Nawet mój pieprzony smartfon jest zbiorem tylu pożytecznych rzeczy, a ma problemy z tą najważniejszą – możliwością przeprowadzenia rozmowy głosowej. Tylko czy to ważne? Rozmawianie przez telefon jest tylko dodatkiem. Przecież poza tym potrafi nagrywać filmy w HD, robić za nawigację, sterować lodówką, moim portfelem, oraz powiadamiać znajomych o tym gdzie jestem. Przecież to się teraz liczy co nie?

Czy przez ostatnie lata zatraciliśmy pragmatyzm? Konsumencka chęć posiadania przerosła zdrowy rozsądek? Po co inwestować w rzeczy zbędne, które poza wspaniałym wrażeniem nie służą niczemu konkretnemu? Czy warto inwestować nasze pieniądze w powiększanie wirtualnego ego?

Myśl dnia

W kwadratowym kubku, kwadratowy wir.

Dowiodłem tego. Empirycznie.

Paralaksa

Tylko człowiek szczęśliwy jest nieprzewidywalny.

Zima (ta kalendarzowa) się zbliża. Wraz z nią nadciąga chmara przeraźliwych chorób. Kilka lat temu była to grypa, później zwierzęca odmiana grypy, teraz ponoć zabijać będzie odra. Jestem pod wrażeniem tego, że choroby jeszcze nie ma, a już są prognozy jej nagłego ataku.

Jest też koniec świata. Ponoć został potwierdzony – w jakiś ruinach świątyni indian Nawaho znaleziono tabliczkę z napisem “Majowie mają rację, w 2012 będzie koniec świata“. Co prawda to jest kolejny koniec świata, ale ten jest najbardziej realny i prawdziwy. Właściwie możemy go być pewni. Po jego końcu nadal będzie trzeba rozwiązać sprawę kryzysu światowego.

No i mój ulubieniec – kryzys. Kryzys był, teraz chyba nadal jest. Co prawda nie wiem o co chodzi, ale dochodzą do mnie głosy z mediów, że jest kryzys. UE ma się rozpaść, lub pozostać, ale tak czy siak będzie źle. Jak będzie to źle, bo będziemy musieli opłacać innych. Jak nie będzie to nie będziemy mieli tej zacnej możliwości przez co inni się na nas wypną (srsly?).

Tak naprawdę nie wiem już czego mam się bać? Choroby, końca świata, czy jednak podatków? W tej globalnej wiosce coraz szerzej sieje się chorobę paniki przed nieznanym. To nie jest przypadek. Ktoś chce abyś był nieszczęśliwy. Ktoś chce abyś był przewidywalny. Ktoś chce Tobą sterować.

Wierzysz w teorie, że to dla Twojego dobra jest? Pamiętasz szczepionki na A1HNcośtam? Podziałały? Myślisz, że opuszczenie UE będzie tak straszne, że lepiej jest tracić pieniądze na ratowanie bytów skazanych na porażkę? Naprawdę sądzisz, że warto się załamywać z powodu tego co jest nieuniknione?

Przepraszam, ja naprawdę nie wiem czego i czy w ogóle powinienem się bać. Może sparafrazuję pewnego rolnika i zadam pytanie: panie premierze, czego powinienem się bać?